Leopold-Tyrmand

Leopold Tyrmand - publicystyczna biografia

Walka o własne prawdy. Nadzieje i rozczarowania w publicystyce Leopolda Tyrmanda

Zamiast wstępu

Więcej niż bikiniarz w kolorowych skarpetkach

Zły i Dziennik 1954 – do tego sprowadzana jest twórczość Leopolda Tyrmanda. On sam to antykomunista, bikiniarz w kolorowych skarpetkach, pierwszy celebryta Warszawy, naczelny propagator jazzu czy „bokseł, pijak i dziwkarz”.

Jeśli dla poznania Tyrmanda wystarczy Ci ten zestaw etykiet – nie musisz czytać dalej. Jeśli chcesz dowiedzieć się, co myślał jeden z najciekawszych polskich pisarzy XX wieku i jak to się przekładało na jego karierę – „Walka o własne prawdy…” to lektura dla Ciebie.

Jest wiele publikacji biograficznych oraz o prozie Leopolda Tyrmanda. Nikt do tej pory nie zajął się publicystyką. To błąd. Literaturą zajmował się on przez kilka lat, szermierką na słowa – niemal całe życie.

Tyrmand walczył o prawo do pisania własnych prawd. Rzucał się z nadzieją w nową rzeczywistość – powojennej Polski, pism emigracji, wreszcie prasy amerykańskiej. Formułował dla swojej publicystyki wyraźny cel – zazwyczaj idący w poprzek dominujących trendów. Następnie jego twórczość – jako niewygodna i drażniąca – była marginalizowana. Stąd rozczarowania. Wszystko nierozerwalnie wiązało się z jego życiowymi perypetiami.

Czy w swoich wyborach miał rację? Ocenę pozostawiam Tobie.

Rozdział I

Geneza publicystyki Leopolda Tyrmanda

Kim był Leopold Tyrmand?

Kiedy po wojnie wróciłem do Polski z Zachodu, postanowiłem realizować swoje wcześniejsze, młodzieńcze zamiary i postawiłem na swoim. Zostałem dziennikarzem, przynajmniej na pewien czas, dopóki dziennikarstwo w Polsce powojennej miało sens i nie naruszało osobistej niezależności[2]” – mówi Leopold Tyrmand w wywiadzie z Wojciechem Wierzewskim.

Do Polski wpierw przybył w 1945 roku jako delegat norweskiego ministerstwa[3]. Przyjechał w tej roli, bo bał się, że Rosjanie będą starać się wyegzekwować wyrok więzienia jako dostał za konspirowanie podczas pobytu w Wilnie w 1940 roku.

Wydawało się, że można tu przyjechać i robić swoje – pisze w części wspomnieniowej swojego eseju „Porachunki osobiste”. – Pojechałem do Norwegii, załatwiłem swoje sprawy i wróciłem do Polski.

W kwietniu 1946 roku rozpoczyna pracę w Agencji Prasowo-Informacyjnej jako reporter[4]. Zostaje wyrzucony z API, po tym, jak pisze, że Anglicy oddają polskie złoto, co okazuje się nieprawdą[5]. Tyrmand wersję wyrzucenia z pracy widzi trochę inaczej: Wykopał mnie sam Borejsza[6][7]pisze w Dzienniku, po wydarzeniu, które miało miejsce kilka dni wcześniej, a które tak wspomina Stefan Kisielewski: „…był mecz jakiś wielki, ze Związkiem Radzieckim chyba. Na meczu był Bierut, cały rząd miał przyjść. Otóż Mikołajczyk, wicepremier, wykombinował sobie, że się spóźni, żeby mieć osobne wejście, osobną owację. I rzeczywiście, jak przez głośnik podano, że wszedł do loży wicepremier Mikołajczyk, to stadion zerwał się z miejsc, zaczął klaskać, a w loży prasowej tylko jeden człowiek stał i klaskał – to Tyrmand[8]. Zygmunt Broniarek, tłumacz API także obecny na tym meczu, wspomina, że patrzył na niego ze strachem pomieszanym z podziwem[9].

Potem Tyrmand drukował w „Ekspresie Wieczornym”, „Słowie Powszechnym”, „Dziś i Jutro”. W „Ruchu Muzycznym” pisał o historii jazzu. W roku 1947 dostał stały etat w „Przekroju”, bardzo popularnym wówczas periodyku stworzonym przez Mariana Eilego, edytora, malarza i scenografa, który szlify redaktorskie zdobywał jeszcze przed wojną w „Wiadomościach Literackich”. Jak pisze Henryk Dasko, „Przekrój” stanowił w czasach gwałtownie postępującej stalinizacji maleńką oazę liberalizmu. Tyrmand drukował tam swoje reportaże, nowele i stały felieton „Leopold o sporcie” [10].

Już wtedy był postacią otwarcie kontestującą system. Przede wszystkim jaskrawym i kolorowym wyglądem żywcem wziętym z wykpiwanych przez reżymowe gazety karykatur bikiniarzy. Buty z grubą podeszwą, spodnie, specjalnie za krótkie, by widać było kolorowe skarpety w paski, krawat wystawiony tak, by inni dostrzegli palmy z Bikini, od których wzięła się nazwa dla osób ubranych w ten sposób. „Komunizm mówił, że facet, który nosi takie skarpetki, taki krawat, takie spodnie to wróg ludu, a on szedł i wołał: tak, jestem wrogiem ludu i mam was w dupie. Wtedy szło się siedzieć za dowcip o Stalinie, a Tyrmand wyglądał tak, jakby nagle wyszedł na ulicę z transparentem: »Precz ze Stalinem«” – opowiada Zdzisław Siepiński, który znał Tyrmanda z pracy w „Słowie Powszechnym. – Te ubecko-polityczne ciemniaki traciły kontenans wobec jego bezczelności dodaje[11]. Jan Józef Szczepański na pytanie, dlaczego Tyrmanda wtedy nie zamknięto, odpowiada: „Było paru takich ludzi, o których mówiło się, że funkcjonują na wariackich papierach: Kisiel, Przypkowski, Tyrmand. Władza nie traktowała ich do końca poważnie, a przy okazji pełnili oni dla niej rolę listka figowego[12].

Przy krzykliwym wyglądzie zachował przedwojenne maniery: „Leopold był przede wszystkim człowiekiem bardzo dobrze wychowanym – mówi Danuta Kętrzyńska, znajoma Tyrmanda. – Kimś, kto najlepiej pasowałby do towarzystwa starszych panów, Jerzego Wasowskiego i Jeremiego Przybory. Oni także starali się chronić tę prawdziwą urodę życia, nieco staroświecką, ale pełną sympatii dla ludzi[13]. „To było wręcz odchylenie w stronę wymierającego świata przedwojennej elegancji – potwierdza Anatol Potemkowski, felietonista „Rzeczpospolitej” i ówczesny przyjaciel Tyrmanda. – Na dancingach (…), niezależnie od ilości zaabsorbowanego alkoholu, nigdy nie zapominał podsunąć siadającej kobiecie krzesła. Wielu uważało, że równouprawnienie, które przyszło wraz z nowym ustrojem, zwalnia ich od tego”[14] – dodaje.

Tyrmand słynął także z manifestowania swoich związków z Zachodem i wszystkim, co zachodnie. Jerzy Przeździecki, który – podobnie jak Tyrmand – mieszkał w domu YMCA[15] mówi, że w czasach, gdy można było za to trafić do więzienia Tyrmand „… nie bał się, jak tylu innych, pokazywać z pracownikiem zachodniej ambasady. Zaimponował mi tym”[16]. Szymon Kobyliński wspomina: „On miał w sobie wiew prawdziwego świata, wtedy z każdym rokiem bardziej potrzebny. Był ekspertem od Zachodu, pozwalał zachować tą niezbitą pewność, że gdy się nie wie, na przykład, jak zachowują się Amerykanie, gdy swędzi ich ucho, wystarczy zapytać Tyrmanda”[17].

Z Zachodu wzięła się także miłość do jazzu – muzyki w tamtych latach wyklętej, zepchniętej przez komunistów do podziemia. „Jazz był niedozwolony, bo był amerykański. A więc jeśli ktoś był zajmował się jazzem, był proamerykański i był dysydentem[18] – tłumaczy znaczenie tej muzyki w latach stalinizmu Andrzej Descourse, znajomy Tyrmanda.

Był on nie tylko wielkim admiratorem, ale i znanym animatorem tego gatunku – urządzał sesje, prowadził podczas nich konferansjerkę[19], przyjaźnił się z muzykami a także, co było jego umiejętnością wyniesioną z przedwojennego pobytu w Paryżu, znakomicie tańczył boogie-woogie[20].

Według Franciszka Walickiego, przyjaciela Leopolda z czasów wojny, po wojnie zaś dziennikarza „Głosu Wybrzeża”, wraz z którym Tyrmand organizował pierwszy sopocki festiwal jazzowy, miłość do tej muzyki wzięła się z tego, że widział w niej tęsknotę do wolności. „Dlatego tak przylgnął do tej muzyki właśnie w latach czterdziestych i pięćdziesiątych, dlatego porzucił ją, gdy jazz stracił smak owocu zakazanego[21]” – mówi Walicki. Tyrmand zaczął odchodzić od jazzu, gdy ten z muzyki wojującej wkroczył na salony oraz do Filharmonii Narodowej, a muzycy zmienili swe łachy na garnitury i przyjęli rządowe subwencje. „Bawcie się dalej beze mnie” – miał ponoć wtedy powiedzieć[22].

Wyzywający ubiór, przedwojenny sznyt, głośno manifestowany zachwyt wszystkim, co zachodnie, umiłowanie do antysocjalistycznego jazzu i opinia kontestatora PRL-owskiej szarzyzny mogła drażnić rządzących, ale nie to przyczyniło się do utraty pracy w  „Przekroju”.

Ludwik Jerzy Kern, dziennikarz tego pisma, tak opisuje okoliczności zdarzenia: „Leopold Tyrmand wyleciał z „Przekroju” w połowie 1950 roku za relację z organizowanego w Warszawie turnieju z okazji XXX-lecia Polskiego Związku Bokserskiego. Zawodnicy zjechali z całej Europy, pośród nich silna ekipa radziecka, która jeździła z własnymi sędziami, bo przodujący kraj musiał mieć też niezwyciężonych sportowców. A więc Rosjanie wygrywali, polska publiczność gwizdała i wyła, za co ubecja wywiozła kilkadziesiąt kilometrów za Warszawę i porzuciła w szczerym polu kilka ciężarówek ludzi, a Tyrmand napisał: »… opinie publiczności stały tym razem na najwyższym poziomie. Opinie te konkretyzowały się albo w burzliwych oklaskach, albo w zagniewanym tupaniu i wyciu, albo w szczerym gwiździe«[23].

Tyrmand w „Dzienniku 1954”  pisze, że był pewien, iż Eile (red. naczelny pisma – przyp. MM) albo to wykreśli, albo cenzura je skonfiskuje wraz z całym felietonem, dlatego posłał tekst w takiej wersji do Krakowa. I tu rewelacja, metafizyka, zdarzenie niewyjaśnialne ani rozumem, ani doświadczeniem: felieton ukazał się w nagiej i niewinnej całości w następnym numerze „Przekroju”. Przeoczenia zdarzały się jeszcze wtedy, ale dużo mniejszego kalibru: to, co znalazło się wtedy na łamach rubryki sportowej „Przekroju”, było właściwie przestępstwem, zamachem na doktrynę i jej wprowadzanie w życie na warszawskim ringu, nic przeto dziwnego, że w konsekwencji (…) wyrzucono mnie błyskawicznie z „Przekroju” i ze Związku Dziennikarzy[24].

­Eile wyrzucił go, bo nie miał innego wyjścia – tłumaczy Kern – »Przekrój« to było jego ukochane dziecko, całe jego życie, on nigdy nie chciał być niczym więcej, jak tylko redaktorem »Przekroju«. Wtedy więc, widząc zagrożenie dla pisma, czując naciski wywierane przez samego Jerzego Borejszę, po prostu z Tyrmandem musiał się rozstać[25].

Wyrzucenie ze Związku Zawodowego Dziennikarzy oznaczało zazwyczaj koniec możliwości wykonywania zawodu. Z pomocą Tyrmandowi przyszedł Stefan Kisielewski, który załatwił dla niego etat pracownika administracji w „Tygodniku Powszechnym” (oficjalnie był przedstawicielem administracji pisma na Warszawę).

Było to w chwili, gdy stalinizm w pełnej krasie wstąpił do Polski, i być dziennikarzem w prasie codziennej oznaczało dać się zaszeregować światopoglądowo i politycznie. Czego ja zrobić nie chciałem[26] – wspomina Tyrmand w wywiadzie.

„Tygodnik Powszechny” był już wtedy marką samą w sobie.

Od samego początku pismo uchodziło za opozycyjne, a tym samym za polityczne – pisze dr Rafał Habielski z Instytutu Badań Literackich PAN. – Linia „TP” była wypadkową stawianych sobie celów, możliwości wynikających z bieżącej sytuacji i poczucia realizmu redaktorów. Od końca lat 40., a więc w sytuacji zaostrzania kursu, oznaczało to manifestowanie apolityczności, a nawet aktualności, co miało dowodzić, że pismo nie może drukować tego, czego chce, i nie może polemizować z przeciwnikami energicznie wspieranymi przez cenzurę. Przy tym wszystkim „TP” był jednak pismem niezależnym[27].

Nie znaczy to, że „Tygodnik” mógł publikować, co chciał – pisze w „Dzienniku” Tyrmand. –  Ale mógł nie publikować, czego nie chciał, a czegoś takiego nikt między Władywostokiem a Łabą i Bułgarią a Archangielskiem ani nie widział, ani nie uświadczył[28]. I wspomina: Byłem do „Tygodnika” bardzo przywiązany, przez cztery lata był mi racją istnienia, pracując dlań czułem, że nie żyję na próżno, że zostawiam ślad. Pisałem krytyki z teatrów warszawskich, dwie na trzy konfiskowała cenzura, ale tak było dobrze, nie znaczyło to dla mnie klęski, raczej dany układ odniesień, w którym toczy się walka. Polemizowałem z socrealizmem w architekturze, drukowałem reportaże z kraju, biłem się o własne prawdy, tak okrojone i przystrzyżone jak tego wymagała taktyka, ale moje[29].

5 marca 1953 roku umiera Józef Stalin.

Cała prasa polska, łącznie z „katolickim” „Dziś i Jutro” zakrztusiła się w jęku, obśliniła się nieprzytomnymi pochlebstwami i karykaturalną rozpaczą ­– rekonstruuje na łamach „Dziennika” wydarzenia z tamtego okresu Tyrmand – „Tygodnik Powszechny” zamieścił na pierwszej kolumnie informację o zgonie i kurtuazyjny artykuł, jaki drukuje się na wieść o śmierci głowy zaprzyjaźnionego państwa. Cenzura wstrzymała numer. Po czym zażądała fotografii Stalina w żałobnych obwódkach. A także wyraźnego sformułowania w druku, że umarł największy człowiek naszej ery[30].

Na to oczywiście redakcja „Tygodnika” nie mogła się zgodzić. Pertraktacje skończyły się fiaskiem, gazeta w dotychczasowym kształcie przestała istnieć. Pismo, zgodnie z praktyką tamtych lat, zostało przekazane innemu wydawcy. Było nim kierowane przez Bolesława Piaseckiego i podległe komunistom stowarzyszenie PAX. Tytuł z niezmienioną winietą i czcionką ukazywał się dalej, ale – jak pisze Tyrmand – opinia publiczna domyśliła się, co oznaczała zmiana redakcji i stosy gazety leżały w kioskach, nie budząc najmniejszego zainteresowania czytelników. Poprzednią ekipę tworzącą tygodnik, na czele z Jerzym Turowiczem, skazano na niebyt, uniemożliwiając większości jej członków pracę w jakichkolwiek zawodach twórczych[31].

Ten los podzielił również Leopold Tyrmand. Choć oficjalnie nie znajduje się na jakimkolwiek indeksie, żadna redakcja ani wydawnictwo nie chce drukować jego tekstów.

Pisze w „Dzienniku”: Jestem pisarzem, któremu nie wydają książek, publicystą nie drukującym artykułów, dziennikarzem nie mającym wstępu do żadnej redakcji. Nikt nie chce ode mnie scenariuszy, nie błyszczę, nie bywam, nie mam rangi, nie stoję na szczeblu. Po prostu nie ma mnie. Wszystko dlatego, że chcę w moim kraju żyć, myśleć i pracować tak, jak uważam za słuszne. Za to płacę nieprawidłowością istnienia i zakazem rozwoju[32].

Dokonując podsumowania, można zauważyć, że specyficzna przewaga Tyrmanda nad innymi literatami brała się z tego, że w odpowiednim czasie opuszczał te redakcje, gdzie musiałby pisać coś wbrew swojej woli. Podczas gdy inni szli na mniejsze lub większe kompromisy za cenę kariery, on wolał zarabiać mniej, byleby mógł publikować to, co chciał, a nie to, czego inni by od niego wymagali. Wynikało to z jego dość konsekwentnej postawy niezgody na porządki komunistyczne, na szarość, służalczość, przewrotną politykę reżymu w stosunku do twórców, który kupował ich umiejętności i używał ich dzieł do legitymizacji komunizmu w Polsce. Tyrmand zaś – jak mówi Andrzej Micewski, dziennikarz ówczesnego „Słowa Powszechnego” – „Był w tym czasie stuprocentowym opozycjonistą. Zaliczał się do grona tych kilku ludzi w Polsce, którzy nigdy nie poszli na żaden kompromis ze stalinizmem. Taki był Jerzy Turowicz, taki Stefan Kisielewski. Gdy szło o idee, zasady, imponderabilia, był człowiekiem śmiertelnie poważnym. Miał dość talentu, by przyjęto go z otwartymi ramionami w każdym piśmie, ale on nie chciał pisać w prasie reżymowej[33]”. Micewski podkreśla, że za taką postawę Tyrmand płacił życiem w nędzy. „Był pisarzem, który nie mógł drukować. Musiał pożyczać, żeby mieć na obiad (…) Znając jego biedę w tamtym czasie, trudno nie dostrzegać w jego postawie heroizmu[34]” – dodaje.

Kisiel ujmuje sprawę prościej: „Mieszkał w dawnym domu YMCA (…) w maleńkim pokoiku i demonstrował swój sprzeciw (…) Długi czas go nigdzie nie drukowali, właściwie cierpiał biedę, ale świetnie to znosił i opisał w »Dzienniku«[35].

Okiem Tyrmanda – obraz polskich mediów w latach 1946-1954

Te kilka lat pracy w mediach drukowanych powojennej Polski sprawiło, że – prawdopodobnie już wtedy – nie miał Leopold Tyrmand wątpliwości, co do ich roli w utrwalaniu nowego reżymu. O swoim rozczarowaniu pisał głównie w „Dzienniku 1954” oraz w wydanym na emigracji zbiorze esejów pod tytułem „Cywilizacja komunizmu[35]”:

Słowo w komunizmie, w sferze publicznej służy przede wszystkim ukrywaniu prawdy (…) Gdy głowa państwa komunistycznego przemawia, jego poddani wiedzą doskonale jak bardzo kłamie. Wiedzą również, że kłamstwo posunięte tak daleko, mimo pozorów idiotyzmu, ma swoją konkretną funkcję polityczną. Wiedzą też, że prasa, radio i telewizja umocni jeszcze nazajutrz kłamstwo w kłamstwie i nonsens w nonsensie[36].

Tyrmand upiera się, że takie monstrualne przeinaczenia, najczęściej wzbudzające rozbawienie, są głęboko przemyślanym instrumentem politycznym. Dlaczego? Ponieważ gdy dziennikarz napisze coś kompletnie bzdurnego, np. że w Ameryce jada się dzieci na śniadanie, to o tym, że jest to nieprawda wie tylko on, jego mocodawcy i kilka tysięcy ludzi, którzy byli w tym kraju. Większość czytelników zdaje sobie sprawę, że to nonsens, ale nie ma pewności[37].

A po wielu latach codziennego czytania w gazecie o amerykańskich śniadaniach z niemowląt, człowiek, w którego naturze leży skłonność do wahań, mówi sobie: „Coś musi być na rzeczy. Ostatecznie – skąd można wiedzieć? Piszą o tym i piszą,  coś musi w tym być”. I o to komunistom chodzi[38].

Tyrmand tłumaczy, że jest to jedyna ich szansa w społeczeństwie, w którym panuje powszechne przekonanie, że wszystko, ale to absolutnie wszystko, co wydrukowane w komunistycznej gazecie jest kłamstwem[39].

Autor twierdzi, że korzenie tego stanu sięgają słynnego zdania Lenina, który powiedział, że zadaniem prasy nie jest bynajmniej informowanie mas, lecz kształcenie ich świadomości, i że najwyższym celem słowa drukowanego w gazecie jest transmisja dyrektyw partii do mas[40]. Było one wynikiem konstatacji jego i jego współpracowników, że współzależność między słowem pisanym a prawdą, lub choćby tylko sprawdzalnością zawartych w piśmie treści, jest zupełnie nieistotna, jeśli nie wręcz szkodliwa dla dobra grupy ludzi, dzierżących władzę w imię realizacji komunizmu. W konsekwencji dało to początek temu, co dziś nazywa się propagandą, a co w komunizmie zastępuje wiedzę, naukę, literaturę i wszelkie communication media do kupy wzięte[41].

O tym jak ta idea sprawdza się w powojennej Polsce Tyrmand pisze m.in. w „Dzienniku 1954”. W praktyce – jak tłumaczy – wymyślone przez Lenina założenia funkcjonują następująco:

Prasa sowiecka, a więc polska, i tak dalej, pracuje przy pomocy dość prymitywnego w gruncie rzeczy mechanizmu skonstruowanego w oparciu o zasadę: są dwie lub najwyżej trzy kątownice, według których przeprowadza się linię prostą, czyli oś każdej wiadomości, każdego artykułu, każdej rubryki, każdego zdjęcia, każdej wypowiedzi w gazecie czy tygodniku (…) Nic nie może być nowością, wszystko musi być wariantem nieodmiennego prawidła. Gdy o mrówkach, to rzecz ma być o tych w kapitalizmie lub w socjalizmie; gdy o szydełkowaniu, to przed i po wojnie. Jest też i ekierka porównująca polski lud z Sowietami: jej konkluzja ustalona jest na wieczność, to znaczy u nich cudownie, u nas gównianie, ale kiedyś i u nas będzie cudownie, tylko nikt nie wie kiedy, bo gdyby ktoś wiedział, wtedy trzeba by wyrzucić ekierkę, o czym nawet i pomyśleć nie wolno[42].

Takie zasady przynoszą w praktyce absurdalne efekty.

W „Trybunie Ludu” wiadomość na pierwszej stronie pod tytułem „Bohaterski czyn marynarzy radzieckich.” Chodzi o to, że jacyś marynarze wyratowali innych marynarzy podczas awarii, „w ciemną, burzliwą noc i w szalejącą wichurę, która odrywała tonących rozbitków od szalupy”, jak obrazowo donosi TASS. Rzecz w tym, że wiadomość ta przedstawiona jest jako tryumf komunizmu, na czołowej kolumnie partyjnej urzędówki, czyli że czytelników uważa się za niedorozwiniętych debilów[43].

Zdaniem Tyrmanda prasa w żadnej mierze nie pełniła swojej typowej funkcji sprzymierzeńca czytelników w walce z głupotą polityków, z absurdami biurokracji, z wszelkimi przejawami niesprawiedliwości społecznej itp.

W „Trybunie Ludu” – pisze diarysta – nareszcie coś o fenolu. Po tylu miesiącach. Wszystkie ryby wyzdychały w Wiśle pod Krakowem, ludzie wykupili cały zapas wody mineralnej w Małopolsce i gotują z niej herbatę (…) do krakowskich dzienników i radia poczta przychodzi w ciężarówkach od zrozpaczonych czytelników i słuchaczy – ale w prasie nic, ani mru-mru, nikt nic nie wie, dzień jak co dzień. Potem opisuje całą sprawę – winna była fabryka odlewająca nieczystości do rzeki – i podsumowuje: Można sobie wyobrazić, co dzieje się w takich wypadkach tam, gdzie jest wolna prasa (…) Zaś w „Trybunie Ludu” sprawę potraktowano lekko: niedopatrzenie, właściwie nikt nie jest winny, samo się stało, takie rzeczy zdarzają się[44].

Media mają obraz rzeczywistości zaciemniać, tuszować błędy urzędników i skandale reżymu. Ich przyczyn zaś szukać nie tam, gdzie się powinno.

Prawdę przed społeczeństwem ukrywa się, to w komunizmie prawo życia, aż wstyd wspominać o takim truizmie. Ale przypomina się sam, raz po raz, bezustannie. Przed trzema dniami ogłoszono o katastrofie górniczej w kopalni „Barbara-Wyzwolenie”. Urzędowy komunikat zredagowany był tak, że nie sposób zorientować się, co się właściwie stało. Ani daty, ani opisu, ani cyfr. Natomiast wyraźne stwierdzenie, że był to akt sabotażu, wraża łapa klasowego wroga lub amerykańskiego wywiadu[45].

Jednym z zadań prasy jest zmiana świadomości i stworzenie „nowego człowieka”, nie obarczonego tępą tradycją, złośliwymi pozostałościami poprzedniej epoki, nie mieszczącą się w komunistycznych schematach historią.

Tyrmand w „Dzienniku” dość złośliwie punktuje przemilczenia, od poważnych:
22 stycznia. Rocznica Powstania Styczniowego. W gazetach nic o tym. Za to dużo i wrzaskliwie o nadaniu zakładom w Nowej Hucie nazwy „imienia Lenina”[46], po kuriozalne: O Tłustym Czwartku wiemy wyłącznie z ustnego przekazu, w gazetach o nim nie piszą, oficjalnie go nie ma[47]. Wyśmiewa także obowiązującą interpretację historii: Przeczytałem w „Trybunie Ludu”, że Hohenzollernowie i Habsburgowie upadli w wyniku rewolucji październikowej. Niby drobiazg, a cieszy[48].

„Nowy człowiek” nie tylko nie powinien oczekiwać od prasy rzetelnej informacji, ale nie jest wskazane, by na podstawie tego, co przeczytał, mógł wyrobić sobie własną opinię. Istnieje tylko jeden, z góry ustalony, komentarz do każdego wydarzenia. Wszelki pluralizm myśli jest dla komunistów zagrożeniem. To jak się przed tym bronią, przyjmuje – według Tyrmanda – rozmiary kuriozalne. Obrazuje to chociażby sposób, w jaki komunistyczne media przedstawiały przebieg konferencji w Berlinie w 1954 roku.

Nasza prasa podaje przemówienia Mołotowa „in extenso”, zaś trzech jego kolegów w króciutkich akapitach, zatytułowanych „Przemówienie Bidaulta” lub Edena, lub Dulesa, i następujący tekst: „Minister Bidault powtórzył już obaloną wersję jakoby…” albo „Eden przytoczył znane i fałszywe twierdzenie, iż…”. Ach, jak oni się boją, jak oni się boją dać ludziom choćby tyciusieńką możliwość własnego wniosku[49].

Autor „Dziennika” dodaje, że dla komunistów nieistotne są ani fakty, ani prawidła logiki.

Ze „streszczeń” w prasie wynika, że Dulles, Eden i Bidault nic innego nie mówią tylko powtarzają argumenty Mołotowa. To dlaczego nie mogą się pogodzić? I cała konferencja się rozlatuje?[50]

 

Niezwykle istotną rolę w tym całym systemie kłamstw i przeinaczeń odgrywa instytucja cenzury. Tyrmand przestrzega przed wyobrażaniem jej sobie jako urzędu działającego w oparciu o sztywno ustalone zasady, wytyczane przez reżymowych decydentów. Zwraca uwagę, że owszem, taka instytucja istnieje, ale jest ona jedynie ostatnim elementem całego procesu kontroli rozprzestrzenianego w środkach przekazu słowa[51].

W istocie akt cenzurowania myśli i słów zgodnie z wymogami polityki i propagandy zaczyna się na biurku redaktora gazety czy wydawnictwa. Artykuł czy książka poddawane są skrupulatnemu wglądowi i coś zostaje z nich wycięte, a coś dodane, autor zaś albo jest w ogóle nie pytany o zgodę na zmiany, albo ma do wyboru zrezygnowanie z artykułu lub książki w ogóle[52].

Tyrmand dodaje, że nawet jeśli wszystko w tekście jest nieskazitelne z punktu widzenia idei komunistycznej, redaktor i tak coś wytnie, aby brak ingerencji nie został odebrany przez inspektorów z wyższej instancji jako wyraz jego niedbalstwa lub głupoty (co może skutkować utratą pracy lub pomniejszeniem zarobków). Z tych samych powodów historia najczęściej powtarza się na wyższych szczeblach procesu kontroli[53].

Jak w praktyce działa autocenzura pokazuje fragment „Dziennika”, w którym znajomy Tyrmanda i zarazem pracownik Centralnej Agencji Fotograficznej opowiada o perypetiach ze zdobyciem zdjęć ze wspomnianej już wcześniej konferencji w Berlinie.

Warszawskie gazety czekają na zdjęcia z konferencji w Berlinie, a CAF nie ma dla nich materiału. (…) CAF ma (…) kontrakt wzajemnej obsługi z paryskim oddziałem amerykańskiego Keystone, ale ci z Zachodu nie rozumieją, czego my potrzebujemy i co nam wolno. Oczywiście nadsyłają co do minuty zwały materiału, ale na ich zdjęciach wszystko jest zgodne z rzeczywistością, a więc Mołotow jest niższy wzrostem od swych zachodnich kolegów, nie ma wokół niego aury najświętszego autorytetu, Eden jest przystojniejszy, a Bidault lepiej ubrany. Żadna warszawska gazeta nie wydrukuje takiego zdjęcia, a jeśli już włamie w kolumnę, to cenzura zdejmie[54].

Cenzurowane są także dzieła już istniejące i obcojęzyczne.

„Redakcjom” i „korekturom” podlegają także książki autorów nieżyjących, częstokroć klasyków, a także autorów obcych. Niedawno chwalił się przede mną redaktor powieści „Dyplomata”, jak „zoperował” i „skrócił” swego zagranicznego klienta, niejakiego Jamesa Aldrige. Rzecz tym śmieszniejsza, że Mr Aldrige jest brytyjskim komunistą, produkującym się na łamach „Daily Worker”, gdzie ogłasza wnikliwe eseje na temat wolności kultury w komunistycznej Polsce. Spytałem redaktora, czy chociaż powiadomił tego brytyjskiego patafiana, że musi poświęcić coś ze swej literackiej tkanki dla zdrowia polskiego proletariatu. Odparł: „Po co? Co go to może obchodzić? Dostał pieniądze, egzemplarz po polsku, a reszta to nie jego sprawa.” [55].

 

Obraz mediów po wojnie się zmieniał, i powyższe uwagi dotyczą ich stanu głównie na początku lat 50-tych. Te przeobrażenia nie umykają uwadze pisarza. Tyrmand opisuje „dokręcanie śruby” przez komunistyczny reżym, który z początku pozostawiał niektórym redakcjom odrobinę swobody. Szczególnym przykładem był – jego zdaniem – „Przekrój”,  w którym w latach 1947-50 pracował.

Było to pismo stworzone przez marksistów dla schlebiania gustom mieszczańskiej inteligencji (…) Patronował mu w imieniu komunistów Jerzy Borejsza, jedyny ich polityk i administrator kultury z niezdrową skłonnością do finezji, za co później drogo zapłacił. Wśród marż demokratyczno-ludowej tolerancji i kazuistyki „Przekrój” wymknął się na lat parę marksistom i posterował własnym kursem, nie przestając przewrotnie służyć, czego oni, w ostatecznym rozliczeniu, nie zrozumieli i w 1950 położyli kres wszelkim perwersjom i figlom.[56]

W tym momencie, dla Tyrmanda ostatnim prawdziwie niezależnym pismem pozostał „Tygodnik Powszechny”. Z momentem jego zamknięcia w roku 1953, a potem oddania stowarzyszeniu PAX Bolesława Piaseckiego, nie było już – w jego przekonaniu – w Polsce żadnego wolnego i oficjalnie działającego pisma[57].

Nie znaczy to, że wszystkie tytuły były jednakowo zależne od komunistycznych decydentów. Na kartach „Dziennika” Tyrmand różnicuje obraz mediów drukowanych. Pisze dla przykładu o wydawanym na początku 1954 roku tygodniku „Dookoła Świata”. Pismo – jego zdaniem – jakoś naruszało dialektyczną spójnię[58]. Gazeta była skierowana do młodzieży, redagowana przez ludzi z Związku Młodzieży Polskiej[59] i  dziennikarzy „Sztandaru Młodych[60]”. Diarysta odnotowuje, że pierwsze numery pisma znikały z kiosków błyskawicznie. Skąd taki sukces[61]?

Przyczyna całkiem prosta: w 95% pismo jest naśladownictwem prasy bulwarowo-rozrywkowej, 5% haracz propagandy (…) Popłuczyny po „Przekroju” (…) Lecz młodzież jest głodna takich wydawnictw[62].

Jako powód tej względnej wolności podaje autor kłopoty reżymu z młodzieżą. Pismo – przez swoją ciekawość – miało odciągnąć ją od chuligaństwa, alkoholizmu, degeneracji. Względna neutralność tygodnika była więc podyktowana względami nie ideowymi, lecz czysto pragmatycznymi, i była wyjątkiem w tamtejszych realiach[63]. Zresztą – jak pisze Tyrmand na dalszych stronach diariusza – „Dookoła Świata” powoli stawało się polem infiltracji partyjnej propagandy.

Biedni komuniści! Nie mogą się powstrzymać, nałóg silniejszy od rozumu. Im dalej w las, tym więcej grzybków dydaktyki, to tu, to tam, pod tym krzaczkiem, w owym artykuliku, cichutko wplecionej w podpisy pod ilustracją. Że zaś neutralizm jest w pojęciu komunistów chorobą, nie mogę sobie wyobrazić, aby nie starali się zwiększać dawek rycyny.[64]

 To wszechobecne w środkach przekazu kłamstwo z pewnością było dla Tyrmanda rozczarowaniem, choć wcale nie największym. Przyjeżdżając do Polski tuż po wojnie czuł, że przemoc i oszustwo są napędem dla komunizmu, ale miał też nadzieję, że można być jego twórczym przeciwnikiem[65]. Że pozostaną enklawy, w których będzie można pisać prawdę i zachowywać się w jego rozumieniu przyzwoicie, zaś te enklawy protestu będą tworzyć ludzie, którym na tej prawdzie i przyzwoitości zależy. Z czasem okazywało się, jak naiwne było to przekonanie. I to – wydaje się – rozczarowało Tyrmanda najbardziej, to stało się pożywką dla ogromnej części jego późniejszej publicystyki.

Warszawskie elity w „Dzienniku 1954” – początki rozkładu

Skoro – wedle Tyrmanda – słowo w komunizmie służyło skrywaniu prawdy, zaś masowe media oraz kultura służyły przekazywaniu społeczeństwu treści wygodnych dla reżymu, zwykle niezgodnych z prawdą, będących realizacją politycznych dyrektyw, musiał być ktoś, kto je tworzył. Musieli się znaleźć wydawcy, redaktorzy, dziennikarze, pisarze, rysownicy i inni artyści, którzy chcieli pisać, rysować, tworzyć ze świadomością braku niezależności. Jak to się stało, że osoby wywodzące się zazwyczaj z inteligencji, gruntownie wykształcone, świadome, o wysokiej wrażliwości i kulturze osobistej zdecydowały się uczestniczyć w machinie komunistycznej propagandy? Czemu uległy – ze strachu, z chciwości, z braku perspektyw? Czy mają świadomość, że są zmuszane do kłamstwa, czy mają świadomość, że w ten sposób stają po stronie zła? Jak sobie z tym radzą? Czy jest coś, co je łączy, spaja? – te pytania stanowią trzon publicystycznych (a także literackich, ale akurat nimi się w tej pracy nie zajmuję) dzieł Tyrmanda: „Dziennika 1954”, esejów pisanych na emigracji dla paryskiej „Kultury”, a także tekstów tworzonych już podczas pobytu w Stanach Zjednoczonych, najczęściej wpierw publikowanych na łamach londyńskich „Wiadomości”, a potem również w postaci książek.

 

Właśnie w „Dzienniku 1954” Tyrmand po raz pierwszy kreśli obraz ludzi, którzy wtedy tworzyli polskie media oraz – korzystając ze środków przekazu – polską kulturę. Kreśli już nawet nie z pozycji zabawnego kontestatora w kolorowych skarpetkach, tylko człowieka wykluczonego, bez miejsca, w którym może publikować w zgodzie z własnym sumieniem. Będącego w trudnej sytuacji finansowej i bez perspektyw na pracę w zawodzie. Jest to o tyle istotne, że dokonując rozrachunku z tymi, którzy poszli na współpracę, najczęściej w zamian za pieniądze i przywileje, często konfrontuje ich postawy ze swoją. Stara się używać jej jako argumentu ostatecznego, aby pokazać, że była alternatywna droga, że można było wybrać inaczej. Na tym porównaniu buduje także kontrast: biedny, lecz służący własnemu rozumowi i prawdzie Tyrmand kontra dziennikarze i artyści żyjący w zbytku, będącym rezultatem ich służalczości wobec komunistów. Bazując na własnej niezłomnej postawie autor „Dziennika” oskarża ludzi pióra o brak odwagi w zwerbalizowaniu swoich wątpliwości, o brak protestu przeciw gwałtowi, jakiego dokonują komunistyczni decydenci na ich sumieniach. Złośliwie zauważa, że sowicie przepłacani literaci, owszem, takie wyrzuty mają, ale w żadnej mierze nie przekłada się to na ich twórczość, ani nawet na publiczną postawę.

Po południu zebranie sekcji prozy w Związku Literatów (…) Te zebrania mają cel dwojaki. Po pierwsze mają pouczać pisarzy jak mają pisać (…) Po drugie, i to jest najważniejsze, pozwalają wygadać się pisarzom trapionym przez obiekcje. W „swoim” gronie, przy drzwiach zamkniętych. Bezpieczne wentylowanie smrodliwych frustracji bez zatruwania nimi społeczeństwa, kanalizowanie i odprowadzanie nieczystości myśli w cuchnące błotko izolowanej od narodu literackiej kloaki. W ten sposób ropne materie zwątpień, protestów, różnic zdań, zostają zręcznie nacięte przez niby „otwartą” dyskusję i wydezynfekowane z organizmów twórczych, których produkt ma być czysty, higieniczny, bezbarwny, bezwonny[66].

Tyrmand w „Dzienniku” twierdzi, że każda ingerencja w sztukę, nawet najbardziej nieznaczna, ją psuje, wypacza jej sens. Stąd woli swoich dzieł nie drukować, niż godzić się na poprawki i przeinaczenia wymagane przez komunistów. Jako czynny wyznawca zasady „żadnych koncesji” brutalnie atakuje tych wszystkich, którzy – za cenę publikacji – na nie się godzą.

Czasem natykają się na mnie [artyści – przyp. MM], na ulicy, przy stoliku, na prywatce, i ja mówię im bez żenady, że to co napisali to gówno (…) Artysta w obliczu tak bezkompromisowo ujemnej opinii nie może nie pomyśleć: „Ten skurwysyn mnie nie rozumie, nie pojmuje mojej męki. Nie dociera do niego, że tak trzeba, aby za cenę koncesji robić sztukę. Taką czy inną sztukę…” Wtedy ja kontynuując, i żeby nie było żadnych niepewności, otwarcie i głośno, że fałsz, choćby najnieznaczniejszy, przekreśla sztukę, nie ma się przeto co łudzić, że jakikolwiek targ coś daje. W sztuce można być nikczemnym, nigdy słabym, powtarzam z lubością[67].

W „Dzienniku” jako przykład zepsutej przez koncesję sztuki podaje opublikowane w „Dookoła Świata” opowiadanie Stanisława Lema pt. „Kryształowa Kula”. Tyrmand z jednej strony zachwyca się kunsztem autora, pisze, że dysponuje on wiedzą, a nade wszystko kulturą pisania i giętkością wyobraźni i narracji w taki sposób, że stary Wells zzieleniałby, gdyby Lema poczytał[68]. Z drugiej zauważa, że za dodanie do dwóch – zdaniem diarysty – mistrzowskich wątków, propagandowego trzeciego, o agencie amerykańskiego wywiadu, który chce okraść z wyników badań francuskiego profesora-postępowca, członka Ruchu Pokoju sprawia, że całość staje się niedorzeczna[69]. Lem woli, żeby opowiadanie żyło nawet napiętnowane wulgarnym idiotyzmem  ­– konkluduje Tyrmand – lecz dla mnie (…) literatura, której domalowuje się wilcze kły imperializmu na przepustkę, przestaje żyć[70].

O cóż więc chodzi Tyrmandowi? Swoje credo – które jego zdaniem jest podstawą działalności i dla artystów i dla dziennikarzy – formułuje on następująco:

Obowiązuje dziś (…) jedno przykazanie, wcale nie równorzędne z dziewięcioma innymi, i brzmi: nie kłamać! Nie będziesz kłamał, bo od tego zależysz ty i inni ludzie! Nie przystąpisz do klubu kłamstw, w którym wygodne fotele, wykwintne jadło i porozumiewawcze wyrafinowanie rozgrzeszają (…) Za wszelką cenę nie kłamać, nie dać się skusić zaszczytem miejsca w drużynie kłamców, która nieustannie zwycięża – w gazetach, na kongresach, w nagrodach literackich, w wyścigu do przydziału mieszkań! Nie kłamać, nie kłamać, nie kłamać[71].

Tyrmanda nie przekonują tłumaczenia, że idąc na pewne mentalne ustępstwa, ludzie pióra starają się w mniejszej skali walczyć z niedogodnościami komunizmu, że pod pozorem współpracy, w neopozytywistycznym stylu, starają się reformować system od środka, nie walcząc o pryncypia, tylko likwidując drobne nadużycia, i niesprawiedliwości, że zgadzając się na legitymizację kłamstwa w skali makro, mają nadzieję, że uda im się wyplenić je w skali mikro.

Kazik [Koźniewski, odnoszący sukcesy literat w wieku Tyrmanda, przyp. MM] twierdzi, że też walczy. Z imperializmem, biurokracją, zacofaniem, kumoterstwem, chuligaństwem, o nową moralność, nowe społeczeństwo, nową literaturę. Tylko że to jest walka silniejszego ze słabszym, taka, co daje zyski, a nie szacunek, doraźne korzyści, a nie pamięć ludzką. Prowadzona jest z wysokiego konia i spoza niezawodnej zbroi totalitarnego organizmu politycznego u władzy (…) Ja toczę walkę ze śmietnika historii (…) O której walce pamięć nie zginie? (…) O walce Kazika, nawet jeśli zamurowana zostanie w kilku wierszach oficjalnej encyklopedii, ludzie dziś mówią ze śmiechem (…) Ze mnie – choć śmierdzę klęską i ludzie odwracają się ode mnie, może mnie i nie lubią, drażnię ich uporem i degrengoladą (…) – nie śmieją się. Nie ma mi czego zazdrościć, nie ma mnie co szukać, ale też i nie co się ze mnie śmiać[72].

Tyrmand używa siebie i swojej postawy jako argumentu. Wierzy, że wierność prawdzie jest warta więcej niż najbardziej zaangażowane wspieranie czegoś, co z założenia jest kłamstwem. Mało tego, sądzi, że to on w ostatecznym rozrachunku będzie zwycięzcą, ponieważ ma przeczucie, że powaga, w tym wypadku rozumiana jako racja,  stoi po jego stronie.

Nie znaczy to, że Tyrmanda nie trapią wątpliwości. Jest zafascynowany tym, że wspomniany w cytacie Kazimierz Koźniewski pracuje, rozwija się, tworzy, a dzięki temu czuje się produktywny i żyje na całkiem wysokim poziomie. Chcę żyć – pisze Tyrmand – Życie to udział w epoce, praca (…) to tworzenie ludzkich wartości i pozostawianie ich po sobie. Dzieci, wspomnienia, książki. Nie pogardziłbym także ozdobami – powodzeniem, materialnym osiągnięciem, pięknymi przedmiotami wkoło, komfortem (…) Lecz nie umiem złamać się: może jest w tym jakaś niższość, tępota, brak imaginacji, wrażliwości, człowieczeństwa (…) Jeśli nawet „wyższe uorganizowanie świata”, jak mówi „Podręcznik agitatora”, jest motorem mojej epoki, jej racją moralną, to ja nawet tracąc rację i życie (…) ciągle jeszcze mówię nie[73].

 

Autor „Dziennika” w większości przypadków nie ma wątpliwości, że ci, którzy się ugięli, mają świadomość zła wyrządzanego przez siebie społeczeństwu, kulturze, wreszcie samym sobie. O tym, jak są rozdarci, jakie przechodzą wewnętrzne męki związane z gwałtem na ich swobodzie twórczej – opowiadają mu w prywatnych rozmowach. Oczywiście nie zmienia to faktu, że w sferze publicznej działają ściśle według wskazań swoich decydentów. Tyrmand pokazuje, w jak wymyślny sposób starają się oni zracjonalizować swoją postawę, jak chcą przekonać siebie i innych, że tak naprawdę to, co robią, mimo pozorów niegodziwości, jest dobre. Jedną z opisanych w „Dzienniku” osób, która próbuje o słuszności takiej ekwilibrystyki intelektualnej przekonać Tyrmanda jest Jan Paweł Gawlik, były publicysta „Tygodnika Powszechnego”.

Dziś mówił [Gawlik – przyp. MM] bez przerwy o „Ketmanie”[74] – jest to termin z Witkacego, obrabiany i nicowany przez publicystykę emigracyjną z kręgu paryskiej „Kultury”. Uprawiający „Ketmana” jest swoistym marranem[75] naszego czasu, przechowuje czystość moralną i wierność starej wierze służąc nowej, na dnie duszy gardząc nią i nienawidząc jej. [76]

Tyrmand komentuje, że nie bardzo wie, po czym poznać, kto stosuje taktykę ketmana we spółczesnej mu Polsce, jedyną – dla niego – wskazówką jest materialny sukces i powodzenie.

Stąd wynika, że Ketman, pomyślany jako perwersyjne Dobro, płacące jakimś cierpieniem za swą wielożenność, jest w gruncie rzeczy niezwykle wygodnym stanem ducha i ciała: ten, kto go uprawia, jest przeświadczony o swej immanentnej szlachetności, bo on jeden wie jak jest naprawdę, opływając jednocześnie w dostatek wszelki, gorliwie dostarczany przez komunistów, którzy już wiedzą, jak wynagrodzić tych co im służą, choćby tylko na pokaz[77].

I dalej: Mnie to hadzi (…) Od śmierci Stalina różne skurwysyny przebąkują tu i ówdzie, że oni chcieli inaczej, że to nie ich wina, że aczkolwiek mogłoby się wydawać to i owo, to jednak w istocie oni to właściwie dużo lepiej i przyzwoicie, niż by się na pozór mogło wydawać. Odwieczna zabawa zaczyna się na nowo. Każdy funkcjonariusz Zła zrobi wszystko, aby przedstawić się światu jako agent Dobra w łonie Zła[78].

Tyrmand nie wierzy w takie rozdzielanie wewnętrznych rozdarć od czynów. Jego zdaniem jest to jedynie sposób, by oszukiwać samego siebie i starać się znaleźć poczucie wspólnoty z tymi, którzy postępują podobnie, celem wzajemnego rozgrzeszenia i postrzegania siebie nawzajem w dobrym świetle.

Powyższy fragment jest jedynie zaczynem teorii, którą pisarz sformułuje w swoich późniejszych, emigracyjnych dziełach. W „Dzienniku” mamy tylko pewne obrazy, opisy i – na razie – nieśmiałe próby skomentowania tego rodzaju postawy. Widać też jak jego myśl rozwija się i zostaje uogólniana. Na podstawie losów Olgierda Budrewicza – młodego dziennikarza, któremu Tyrmand pomógł na początku kariery, gdy jeszcze pisał w „Przekroju”, a który w momencie pisania „Dziennika” jest już uznanym i jednym z najlepiej zarabiających reporterów w Warszawie –  diarysta zwraca uwagę na powszechność zjawiska.

Budrewicz jest cząstką zjawiska ogólniejszego, skomplikowanego, groźnego i w gruncie rzeczy nader nikczemnego. Jest w Warszawie jednym z licznych przykładów ludzi, którzy widzą zło i nienawidzą zła, a jednak ulegają złu. (…) Po pewnym czasie, gdy ludzi codziennie i świadomie konfrontujących zło i zgadzających się na współżycie i współpracę ze złem, jest już bardzo dużo – coś ich zaczyna łączyć. Metodologicznym spoiwem tej komasacji jest wspólna moralność, a ściślej niemoralność: ludzi tych najefektywniej zbliża i scala próba przekucia niegodziwości w godziwość, niewłaściwości we właściwość, moralnej szkody w moralny pożytek, niskiego instynktu służby swym potrzebom i ambicjom w wysoki ideał służby swemu narodowi, bądź dobrym zasadom społecznym.

Tyrmand pokazuje, że samo przyjęcie ketmanu tej społeczności nie wystarczy. Cierpienie w milczeniu nie daje możliwości, aby dokonać przemiany wyżej wymienionych wartości, stąd: Ich złotym marzeniem jest przekazanie światu, jak cierpią, jak kluczą, jak wymykają się i jak to im się nie udaje, czyli jak gwałt dokonywany jest na nich przez zło, któremu sami zaprzedali się, przed którym płaszczą się, któremu służą. W ten sposób sumują sami siebie w Nowe Dobro, cholernie zawiłe i niezrozumiałe dla nikogo poza nimi samymi, ale którego bronić gotowi są do ostatka i ta desperacka obrona, upór w widzeniu czarnego jako białe, wiąże ich ze sobą w rodzaj społecznej potęgi. Zapominają dodać oczywiście, że ich stopa życiowa, materialne wynagrodzenie i egzystencjalne ułatwienia daje im wyniesienie w doczesności, które odmówione jest milionom, skazanym na udręki ich braku[79].

Wspominając o finansowych aspektach, Tyrmand celowo spłaszcza przewrotną gimnastykę intelektualną, którą według niego uprawiają ludzie pokroju Budrewicza. Mówi: to są wasze dywagacje, którymi chcecie przykryć fakt, że wasze wynagrodzenie płynie z płaszczenia się przed złem. Macie tego świadomość, więc na siłę szukacie usprawiedliwień. Ponieważ jest was wiele, i wszyscy postępujecie tak samo, przeto wydaje wam się, że masowość waszego tłumaczenia sprawia, że staje się ono prawdziwe. A to guzik prawda, zaś osoby takie jak ja psują wam klarowny obraz świata. Są wyrzutem sumienia, błędem w rachunku – zdaje się mówić Tyrmand. I przypomina, że jego ubóstwo jest kwestią wyboru: Gdybym zgodził się sprzedać reżymowej propagandzie choć część mych profesjonalnych możliwości, zachowując, jak marrani, prawdę w sobie dla siebie, znalazłoby się auto i mieszkanie ze służącą (…) Ale transakcje z reżymem nie bawią mnie, na marrana się nie nadaję, nie wiem, czy potrafię angażować w jakiekolwiek wiary tak głęboko i przewrotnie, ażeby je pieścić na dnie serca i żonglować ich potępieniem na pokaz[80].

Bawić Tyrmanda zdaje się za to rola wyrzutu sumienia, świadczy o tym chociażby zrekonstruowana rozmowa ze Zbigniewem Kałużyńskim, który na pytanie diarysty, czy podobnie jak pewien artysta (nazwany w „Dzienniku” M.) Tyrmand jest agresywnym arogantem, odpowiada: Pan jest przyzwoity i inteligentny, najgorsza kombinacja dla postronnych (…) Wszystko co pan mówi i robi, wskazuje jak na dłoni, że on jest łajdakiem, którzy marzy o aureoli męczennika. Pan mu codziennie sra na aureolę. Samym istnieniem zatruwa pan mu „odor sanctitatis” pisarza i społecznika. Co prawda Kałużyński po latach pytany o tę sytuację twierdzi, że to, co niby miał powiedzieć to political-fiction – nieprawda[81], jednak nie zgłębiając okoliczności i prawdziwości zdarzenia, założyć można, iż Tyrmand wkładając taką kwestię w Kałużyńskiego usta, pokazuje, jak chciał widzieć siebie – właśnie jako wyrzut sumienia.

Jego pryncypialność miała drażnić, nawet za cenę nielubienia i wywoływania agresji. Na dowód diarysta podaje zrekonstruowaną rozmowę ze swoim przyjacielem, Stefanem Kisielewskim, który miał powiedzieć: … prosperujesz duchowo przybierając postawę duchowego Katonka, tarzającego się w luksusach bezkompromisowości, moralnej czystości, niezachwianej słuszności. Nawet pojęcia nie masz, jak odrażasz ludzi swoją pseudonieomylnością sądów i ocen. Bawisz się potępianiem na prawo i lewo jak bogata kurwa na emeryturze biżuterią. I kogo tak cenzurujesz, o kim wyrokujesz? O tych biednych, zahukanych, otępiałych pisarzach i artystach, którzy ulegli komunizmowi albo ze strachu, albo z głupoty, albo z życiowych konieczności, by wyżywić dzieci, a teraz uginają się, jak cała Polska, pod ciężarem swego lub cudzego błędu, zaszczuci wymaganiami oprawców. Rzygać mi się chce na twoje mizdrzenie się i krygowanie.

Tyrmand z zadowoleniem komentuje: Powiedział to (Kisielewski – przyp. MM) z takim zaangażowaniem, że mnie ucieszyło: najwidoczniej zaprzątam mu denerwująco mózg; ponadto, mimo inwektyw, jest w tym coś pochlebnego, choćby fakt podświadomej zazdrości, wyzwalającej aż tyle z jego strony napastliwości[82].

 

Jako przykład skrajnie cynicznych oportunistów Leopold Tyrmand podaje korespondentów zagranicznych. Diarysta nie miał żadnych wątpliwości, że ich pokrętne i mało mające wspólnego z prawdą sprawozdania nie są efektem ich nieudolności czy braku wiedzy. Przeciwnie. Uważał ich za ludzi, którzy pisząc tak niedorzecznie czerpią z tego podwójne korzyści:

– Mieszkają na Zachodzie, w lepszych warunkach, za dewizy z trudem wypracowane przez pracujący lud miast i wsi, przy okazji robiąc świetne interesy na handlu zwożonymi z zachodu towarami, które – w trapionej ciągłymi niedoborami Polsce – osiągają niebotyczne ceny;

– O sprawach zagranicznych piszą kłamliwie, według ustaleń komunistów, za co oczywiście biorą pieniądze oraz dostają wszelkiej maści przywileje, na czele z decyzją o pozostawieniu ich na placówce na Zachodzie.

O konferencji śle sprawozdania do „Trybuny Ludu” niejaki Podkowiński. Wczoraj donosił o swej rozmowie z taksówkarzem w Zachodnim Berlinie, który jakoby powiedział mu: „Kiedy się to wszystko skończy? Przecież zdychamy z głodu”. Oto „robota” Podkowińskiego – nachalna, łajdacka i w gruncie rzeczy kretyńska. Nie wyobrażam sobie nikogo tak niedorozwiniętego kto, po przeczytaniu tego zdania, nie powiedziałby sobie: „Co za brednia! Jak zdycha z głodu w Berlinie Zachodnim, to dlaczego nie wpakuje rodziny do taksówki i nie przejedzie o dwie ulice dalej, aby żyć szczęśliwie w socjalistycznym Wschodnim Berlinie?[83] Nikt go nie zatrzyma…”. Ale Podkowiński o takie detale nie dba i dlatego ma luksusową garsonierę w Warszawie (…), podświetlany bar, skakery wprost z Florydy i nylonowe pończochy z zachodnioberlińskich domów towarowych[84]. Fabrykantom kłamstw powodzi się w Polsce tym lepiej, im bezczelniej i głupiej je produkują[85].

Choć korespondentom dostaje się już w „Dzienniku”, Tyrmand rozwija swoje oskarżenie na łamach „Tygodnika Powszechnego” w reportażu z podróży po RFN w 1958 roku, podróży podczas której widzi Zachodnie Niemcy zupełnie inaczej niż stale piszący o tym kraju autorzy. Tyrmand oskarża stałych korespondentów polskiej prasy o budowanie fałszywego, zgodnego nie z rzeczywistością, a z wymaganiami mocodawców, obrazu Niemiec.

Mniej lub więcej schematycznie ukuty system wyobrażeń o Zachodzie nie pasuje do tego kraju w ogóle, zaś oportunizm, ubóstwo intelektualne i płycizna spojrzenia niektórych stałych korespondentów warszawskiej prasy codziennej w Niemczech, przeżuwających bezmyślnie formułki w swym nader komercyjnie traktowanym procederze „sprawozdawcy”, umożliwia poznawanie rzeczywistości niemieckiej w sposób najprostszy. Krętackość tych korespondencji sprawia, że właściwie dyskwalifikują się one samoczynnie, jako jedyne informacji i formowania poglądów, wpływają one jednak na opinię publiczną. (…) zjawiska bardziej złożone a zwłaszcza nowe, rysują się w wyobrażeniach opinii polskiej dość mętnie, niepełnie, częstokroć fałszywie[86].

To miało swoje oczywiste następstwa. Myślą przewodnią tego reportażu była uwaga, że sytuacja w RFN od czasów wojny zmieniła się diametralnie, stąd jest to idealny moment, aby Polska mogła nawiązać z nimi normalne stosunki[87]. Tego jednak polska opinia publiczna nie wie. Głównie przez to, że korespondenci zagraniczni – zdaniem Tyrmanda – nie wykonują uczciwie swojej pracy.[88]

 

Warto zauważyć, że obraz w dzienniku nie jest wcale czarno-biały. Tyrmand nie jest fanatykiem swojej wizji, zauważa i opisuje ludzi, którzy się jej wymykają.

Jednym z nich jest Paweł Jasienica, który po wojnie był jedną z gwiazd „Tygodnika Powszechnego”: …publicystą, reporterem, polemistą, jednym z nazwisk określających postawę i walor pisma[89]. W dodatku – wedle Tyrmanda – jego katolicyzm był sprawdzonej próby. Około roku 1950 Jasienica został aresztowany i skazany w procesie pozostałych przy życiu członków komendy wileńskiej Armii Krajowej. Autor „Dziennika” pisze, że tego typu skazańcy rzadko po procesie widziani byli wśród żyjących, ale Paweł Jasienica po jakimś czasie pojawił się w Warszawie, w dodatku zaczął publikować na łamach „Dziś i Jutro”, gazety Bolesława Piaseckiego, sterowanej przez komunistów. Tyrmand nie ma wątpliwości, że ta wolta pisarza była ucieczką spod szubienicy, jedynym możliwym ratunkiem w jego sytuacji. Przez jakiś czas były publicysta „Tygodnika Powszechnego” drukuje w gazecie PAX-u, wtedy też miało dojść do spotkania z Tyrmandem, podczas którego Jasienica żalił się, jak strasznie męczy i „dusi” go ta praca. Potem znowu znika; Tyrmand z różnych źródeł dowiaduje się, że klepie biedę, ledwo wiąże koniec z końcem próbując utrzymać rodzinę. W tym miejscu mamy kolejny zwrot akcji. Jasienica wraca i to w wielkim stylu. Publikuje w najważniejszych reżymowych pismach: „Przekroju”, „Nowej Kulturze”, „Życiu Warszawy”. Pisuje z zaangażowaniem, z pozycji sojusznika komunizmu, wypowiada się na tematy gardłowe i ryzykowne dla każdego publicysty, takie jak szkolnictwo. Wydawane są jego książki: o wykopaliskach i o Powstaniu Styczniowym[90]. Co to wszystko znaczy? Dlaczego? Skąd te i takie przeobrażenia? (…) Czyżby Jasienica przeżył przełom? Szczerze i głęboko poznał nową prawdę? Olśniło i uwierzył? – pyta Tyrmand i pisze się, że przecież: Pisarz jego kalibru, a zwłaszcza temperamentu, nie pisze bez wewnętrznego poparcia dla tego co i o czym pisze (…) Czyżby więc zatem dostrzegł jakąś słuszność, o której dotąd nie wiedział, a której ja ciągle nie wiem?[91]

Diarysta nie może jednak uwierzyć w nieszczerość nawrócenia Jasienicy. Pisze, że jest to człowiek uczciwy, mądry, wykształcony i poważny, daleki od wszelkiego relatywizmu, wreszcie zdolny do tego, by heroicznie stanąć w obronie własnych racji etycznych. Czyżby więc Jasienica coś znalazł, pojął i czegoś dopatrzył się, co jest więcej niż proste bohaterstwo, nienaruszalność światopoglądu czy ideału? Czyżby odkrył coś, czego ja odkryć nie mogę? Czyżby stworzył w sobie coś, czego ja stworzyć nie potrafię[92]. Tyrmand nie może znaleźć przekonujących odpowiedzi na swoje wątpliwości. Podsumowuje: … Paweł Jasienica (…) stał się dla mnie (…) błędem w rachunku. Nie zgadza mi się w życiowej kalkulacji, w moim bilansie świata[93].

Tyrmand dopuszcza do siebie myśl, że można w komunizm wierzyć szczerze i służyć mu z oddaniem, w dobrej wierze. Na przykład takiej postawy wybiera jednak człowieka, który wcześniej był kwintesencją cech, które sam cenił. Był herosem, mężczyzną o bujnej i chwalebnej przeszłości, szczerym katolikiem, wysokiej próby myślicielem dalekim od pokus relatywizmu, człowiekiem silnym, zdolnym oprzeć się komunizmowi. To może sygnalizować, że ludziom słabym, niezdolnym do oporu, przestraszonym, a z drugiej strony podatnym na materialne pokusy i wygodne życie Tyrmand obiera przywilej szczerej wiary w postęp, nowy ustrój i władzę. Nie wierzy w bezinteresowność ich współpracy, jednocześnie gardząc ich postawą jako wynikającą ze słabości charakteru. W taki przewrotny sposób, wybierając Pawła Jasienicę jako kogoś, kto nie zgadza się w jego w ogólnym rozrachunku, celowo umniejsza znaczenie dobrowolnej współpracy, przepełnionej wiarą w komunizm. Mówi, że właśnie przez swą wybitność, Jasienica jest zaledwie wyjątkiem od sformułowanej przez niego reguły.

Można zastanowić się, czy Tyrmand – podobnie jak opisywana przez niego postać – chce zrozumieć i przekonać się do komunizmu, nawrócić się, odnaleźć to coś, czego dotychczas dostrzec nie mógł. Z nagromadzenia retorycznych pytań wyłania się raczej pewien dystans. Tyrmand niby pyta, ale z góry wie, że w jego przypadku odpowiedź będzie negatywna. Nie oznacza to, że nie szuka dla siebie miejsca w istniejącej rzeczywistości. Jedną z osób, która również psuje diaryście klarowność obrazu, a zarazem jawi się jako wzór na twórcze istnienie, jest Jan Parandowski.

Przez 9 lat nie napisał ani nie powiedział niczego, co mogłoby rzucić na niego cień sprzedajności, choćby kompromisu, a nie martwi się z czego żyć, jest prezesem PEN-Clubu, pisze, drukuje. Publikował u nas, w „Tygodniku”, eseje, po czym, jak nas zamknęli, wydał je w komunistycznym „Czytelniku” pod tytułem „Zegar Słoneczny”. Jak on to robi? Ma szacunek i uznanie u nas, po czym to samo od komunistów, i wszyscy wydają się równie nim nasłodzeni. Są tacy, którzy (…) nazwą to lawirowaniem, chytrością, sprytem. Ja jestem zachwycony, oczarowany, widzę w nim mistrza trudnych egzystencji…[94].

Paradowski jest dla Tyrmanda niedoścignionym wzorem, jak pogodzić wierność sobie i materialne powodzenie, które – instynktownie wyczuje to każdy czytelnik „Dziennika” – jest dla Tyrmanda niezwykle istotne, jest nagrodą za intelekt, umiejętności i uczciwość, które są w jego rozumieniu podstawą dobrej twórczości. W tym miejscu swojego diariusza zaznacza Tyrmand, że stawianie się komunistom za wszelką cenę nie jest wcale kulminacją jego pragnień. Powiedzmy sobie szczerze: ja wcale nie marzę o wyzwaniu i nieugiętości. Łaknę neutralizmu[95]. Choćby takiego, jaki prezentuje Paradowski.

Kwestia autentyczności „Dziennika 1954”

W przedmowie do „Dziennika 1954”, a przypomnijmy, że jego pierwsze wydanie miało miejsce w roku 1980, Tyrmand jako sprawę kluczową przedstawia rozterkę, dotyczącą sądów o ludziach.

Sądy takie starzeją się i dezaktualizują – pisze – co nie znaczy, że tracą swoją słuszność bądź niesłuszność (…) Rzecz jasna, rejestrując codzienne wieści, nastroje, pogłoski, pobieżnie zasłyszane informacje, dziennik podatny jest do przeinaczeń, błędów rzeczowych, czasem grubych, wręcz do deformacji prawdy. Porając się z tym problemem zdecydowałem niczego w tekście nie zmieniać – niech przejdzie do historii wraz z moim niedowidzeniem, ignorancją, niedbalstwem, pomyłkami. Natomiast subiektywne oceny jednostek to inna sprawa[96].

Ta odważna deklaracja o niezmienności tekstu wywołała wiele kontrowersji. Dziennik urywa się nagle, w połowie zdania. W posłowiu autor tłumaczy to podpisaniem z „Czytelnikiem” kontraktu na napisanie powieści „Zły”. Dalsze losy tekstu według Tyrmanda wyglądają następująco. Bruliony z zapiskami wywozi on w 1965 roku na Zachód. Następnie zostają zdeponowane w redakcji „Kultury” paryskiej. W roku 1968 dziennik trafia do USA. W New Canaan w stanie Connecticut Tyrmand przepisuje dziennik na maszynie i przygotowuje do wydania książkowego[97]. Ten wpierw jest publikowany w odcinkach na łamach londyńskich „Wiadomości” od 1974 do 1978 roku, zaś całość ukazuje się w czerwcu 1980 roku. Przyjmując wersję Tyrmanda, że rzeczywiście był on pisany przez pierwsze trzy miesiące 1954 roku, od stworzenia rękopisu do dnia druku minęło przeszło 36 lat. To budziło pytania o autentyczność „Dziennika 1954”, a nawet podejrzenia, czy aby Tyrmand nie napisał go post factum[98]. W tej sprawie oddaję głos Indze Iwasiów, która w książce: „Opowieść i milczenie. O prozie Leopolda Tyrmanda” przedstawia sprawę następująco:

 Wydana w 1995 roku pod redakcją Henryka Daski w formie albumowej „prawdziwa i pełna” wersja tekstu, pochodząca ze zbiorów wdowy po Tyrmandzie potwierdza przeważającą wśród krytyków opinię o czasie jego powstania [czyli w 1954 roku – przyp. MM]. Dodane fragmenty nie zmieniają sensu całości, są pozostałościami po brulionowym zapisie, zawsze podlegającym korektom (…) Skróty, skreślenia, poprawki – jeśli porównać wersję autoryzowaną przez Tyrmanda z wersją podaną do druku przez jego żonę – mają charakter przede wszystkim stylistyczny. Nie zmieniają natomiast obrazu mentalności autora, jego światopoglądu w 1954 roku[99].

Podsumowanie rozdziału

Tyrmand nie od razu broni jasno określonych prawd. Wpierw jest to raczej sprzeciw: wobec szarej rzeczywistości, absurdalnych zakazów i nakazów komunistycznego reżymu, socrealistycznej architektury, brudu ulic, nijakości mody, barbarzyństwa nowej kultury, upadku manier, wreszcie, wobec zakazu publikowania zgodnych z rzeczywistością informacji. Tyrmand zmienia redakcje na takie, gdzie ciągle ma jeszcze względną niezależność, gdzie może pisać w zgodzie z własnym sumieniem. Zmienia, bo jeszcze takowe istnieją – można się opierać, być – jak sam to określa – twórczym przeciwnikiem.

Dopiero z czasem przychodzi zainteresowanie człowiekiem i jego degradacją przez komunizm. Prawdą Tyrmanda staje się to, że coraz więcej osób widzi zło i ulega złu. Na dodatek tworzy intelektualne konstrukcje, mające siebie wybielać, usprawiedliwiać. Tyrmand przypomina, że istnieje tylko jedna moralność. Białe jest białe, czarne jest czarne. Kryteria uczciwości, przyzwoitości, prawdy nie zmieniły się wraz z przyjściem komunizmu – to credo jego ówczesnej filozofii.

Podczas lektury „Dziennika” wydaje się, że to postawa współczesnych mu ludzi najbardziej rozczarowuje jego autora. Tyrmand od swojego powrotu do Polski nie miał większych złudzeń co do natury komunizmu. Wierzył jednak w pewien etos inteligencji, oraz w to, że będzie ona w łonie systemu tworzyła opozycję, do końca broniła kardynalnych – w rozumieniu pisarza – wartości, że – podobnie jak on – będzie walczyła o niezależność, będącą przecież fundamentem dobrej sztuki oraz uczciwego dziennikarstwa.

Tymczasem elity w przytłaczającej większości zgodziły się na barbarzyński gwałt na swoich sumieniach. Z różnych przyczyn prędzej czy później poszły na ustępstwa, zaś ci najbardziej cyniczni całkowicie „przechrzcili się” na komunizm i czerpali z tego ogromne korzyści. W czasach, gdy ogromne masy ludzkie z heroizmem trwały w biernym oporze i tym sposobem mniej lub bardziej udanie kruszyły system – elita narodu błyskawicznie uległa presji rządzących i zaczęła im służyć. Służyć kłamstwu, podłości, degrengoladzie, bylejakości. Dla Tyrmanda – pochodzącego z drobnomieszczaństwa, w młodości marzącego o awansie do zmitologizowanych „wyższych sfer” intelektualno-twórczych[100] – ten rozdźwięk między zwykłym człowiekiem, a inteligencją – w jego rozumieniu grupą, mającą tak jak w przeszłości wyznaczać standardy moralne i etyczne – musiał być szczególnie bolesny.

Na szczególny wstręt diarysty zasługują ci, którzy dla swojego wyboru (kwestia wyboru jest tu fundamentalna – Tyrmand swoją postawą pokazuje, że takowy był) znajdują pseudomoralne uzasadnienia. Dla niego żadnym wytłumaczeniem jest fakt, że wielu z uległych – tak naprawdę – gardzi swoimi mocodawcami, oraz to, że na boku większość opowiada o straszliwych mękach, jakie w związku z gwałtem na własnym sumieniu przeżywa. Tyrmand uważa to, również ze względu na swoją masowość, za wyjątkowo niebezpieczne zjawisko, gdyż prowadzi do powstawania szczególnego rodzaju postawy oportunistycznej, bo przekonanej o swojej szlachetności, którą rzekome cierpienia miałyby nadawać. To z kolei sprawia, że ludzie elity nie dostrzegają swojego oczywistego upadku. Mało tego, czują się rozgrzeszeni, mają się dobrze i prowadzą miłe oraz dostatnie życie.

Celowo pomiędzy część opisującą postawy twórców w czasach stalinizmu a podsumowaniem rozdziału zająłem się autentycznością zapisków „Dziennika”. Chciałem w ten sposób pokazać, że dogłębnie opisując warszawskie elity i stawiając tezę o ich degeneracji już na początku 1954 roku, Tyrmand postawił trafną diagnozę. Wpierw jednak będzie o nadziei. Ale o niej już w następnym rozdziale.

Rozdział II

Porachunki z komunizmem i ludźmi w komunizmie

Sukces „Złego”, porażka „Życia towarzyskiego i uczuciowego” i emigracja pisarza

Ciągle wydaje mi się, że jednak potrafiłbym napisać coś, co trafiłoby w jakąś dziesiątkę i skłoniło komunistów do spojrzenia przez palce na mnie i na moje fochy[101] – takie życzenie wyraża na łamach „Dziennika 1954” Leopold Tyrmand. Chce być niezależny, wolny, ale również chce tworzyć, chce – jak jego znajomi, którzy współpracują z władzą – być produktywny. Nie wiadomo, czy autor pisząc te słowa prowadził już negocjacje z wydawnictwem „Czytelnik” dotyczące pisania powieści „Zły”. Tyrmand w posłowiu pisze, że rozmowy trwały już jakiś czas, ale nie wspominał o nich na stronach swojego dziennika, bo z natury jest przesądny i wierzył, że: im mniej będzie o tym zamierzeniu mowy, tym większa na nie szansa. Zaś ja bardzo chciałem pisać powieść – o czym jest w dzienniku bardzo wiele[102].

Książka została wydana w dwudziestotysięcznym nakładzie w grudniu 1955 roku.

„Zły” zmienił Tyrmandowi życie. W dzisiejszych czasach (…) trudno docenić rangę „Złego” w masowej kulturze ery pre-telewizyjnej i pre-rockowej. „Zły” był jak nieco później „Krzyżacy” Aleksandra Forda, jak kapitan Kloss, czy piosenki Czerwonych Gitar. Łamał bariery społecznych podziałów, trafiając do wszystkich. Niedostępny w księgarniach, sprzedawany z kilkunastokrotnym przebiciem na bazarach, wędrował z ręki do ręki, pożyczany na wczasy, na tydzień, na jedną niedzielę[103]. Tyrmand znany dotychczas w hermetycznym środowisku warszawskich elit i w najlepszym razie rozpoznawany jako dziennikarz, w ciągu kilku tygodni stał się obiektem masowego kultu. Obcy ludzie zaczepiali go na ulicy – pisze badacz twórczości Tyrmanda, Henryk Dasko.

To była książka, której potrzebował jej czas – uważa Kazimierz Koźniewski, znajomy Tyrmanda z redakcji „Przekroju” – Czasy miały być już normalne, więc taka powinna była być książka. „Złego” czytano razem z krążącymi jeszcze poufnie odbitkami »referatu Chruszczowa« z XX zjazdu KPZR”. Adela Grochowska, która była w „Czytelniku” redaktorem powieści, wspomina, że od pierwszej chwili nikt nie miał wątpliwości, że będzie ona bestsellerem. „Po sztywnych latach stalinizmu, gdy trzeba było wydawać jałowe, propagandowe agitki, to była sensacja, pierwsza książka naprawdę do czytania – mówi i dodaje: – »Zły« nie miał żadnych kłopotów z cenzurą, czas był taki, że wolno było coraz więcej[104].

Tadeusz Konwicki tak wspomina swoją przygodę ze „Złym”: „Sięgnąłem po egzemplarz zaczytany już do ostatka i nie wypuściłem go z ręki przez dzień i noc, póki nie skończyłem lektury”. Pisarz uważał Tyrmanda za smacznego beletrystę, który w sposób zajmujący i ciekawy potrafił stworzyć lekturę przyjazną człowiekowi. „Wtedy był to na pisarskim rynku jeden z niewielu autorów naprawdę do czytania. Potrafił opisywać świat, w którym uczestniczył, Warszawę ruin, ale jednocześnie Warszawę budzącą się do nowego życia[105]” – tłumaczy sukces książki Konwicki.

Krytyka, w przeciwieństwie do czytelników, przyjęła powieść bez entuzjazmu. Jako pisarz Tyrmand przed tą książką nie istniał, mając za sobą jedynie debiutancki zbiór wojennych opowiadań, zatytułowany „Hotel Ansgar” (…) W czasach stalinowskich nie opublikował nic. To samo wystarczało, aby środowisko literackie, niemal w całości uwikłane w stalinizm, traktowało go podejrzliwie i bez sympatii.  W redagowanej przez Jarosława Iwaszkiewicza i cieszącej się powszechnym szacunkiem „Twórczości”, Andrzej Kijowski, polemizując z pochlebną recenzją Stefana Kisielewskiego, napisał, że „Tyrmand to Balzac dla gówniarzy”[106] – pisze Henryk Dasko.

Nie zmienia to faktu, że wydanie popularnej powieści zmieniło także status materialny i życie prywatne autora. Kupił wartburga, fiata, opla kapitana. Ożenił się, najpierw raz, potem drugi. Z maleńkiego pokoiku w YMC-e (…) przeprowadził się na Bielany, a następnie na stylowo urządzony strych przy ulicy Dobrej[107]. Kasę Tyrmanda zasilały także pieniądze z wydań zagranicznych powieści[108].

Sukces „Złego” spowodował, że Tyrmand nie zaangażował się w Październik.

Wtedy nie chciał już być dziennikarzem, przeważyły w nim ambicje literackie[109]” – mówi Zdzisław Najder, znajomy pisarza z będącej towarzyskim żartem Kisielowej Partii Wariatów Liberałów.

Po »Złym« poczuł się pisarzem pełną gębą, ustabilizowanym w swym literackim statusie, a nie jakąś na poły reporterską, na poły pisarską hybrydą. Trwało to jednak zaledwie parę miesięcy; szybko minął okres cenzuralnej swobody, zamknięto »Po prostu«, wróciło »nowe«. Tyrmand znów znalazł się w sytuacji, w jakiej był wcześniej. Nie lubiany przez warszawską elitę, lekceważony przez tzw. establishment, sfery rządowo-partyjne i ciotki rewolucji w wydawnictwach” – mówi Tadeusz Konwicki.

To sprawia, że kolejne lata obfitują dla Tyrmanda w rozczarowania. Mimo ogromnego popytu nie wznawiano wydań „Złego”, skonfiskowano mu kolejną powieść pt. „Siedem dalekich rejsów”. W 1959 roku Tyrmand napisał dla Wydawnictwa Literackiego w Krakowie powieść o tytule „Filip”. W ramach rozmaitych represji administracyjnych książka ukazała się w połowie planowanego nakładu i została brutalnie potraktowana przez krytykę. Od 1959 roku odmawiano pisarzowi wydania paszportu, w prasie przestały się ukazywać wzmianki na temat jego twórczości. Utrudniano także organizowanie spotkań autorskich. Zdaniem Tyrmanda wszystkie te ograniczenia w mniejszym stopniu były zasługą rządzących, a w większym zawistnej warszawskiej śmietanki towarzyskiej[110].

Zrewanżował się jej pisząc powieść z tzw. kluczem pt. „Życie towarzyskie i uczuciowe”. Choć sam we wstępie pisze, że: Postacie, zdarzenia, sytuacje i dialogi poniższej opowieści nie posiadają odpowiedników w życiu. Są fikcją, wytworem imaginacji, tajemnicą poliszynela było, że pod literackim opisem salonu jednej z bohaterek, pani Stoll, będącym pamfletem na środowisko literacko-artystyczne, kryje się wpływowy salon Ireny Krzywickiej. W roku 1964 gotowa powieść została złożona w Państwowym Instytucie Wydawniczym.

W tym samym czasie Tyrmand, po wielu latach starań otrzymał paszport i bezzwłocznie wyjechał za granicę. Swoją decyzję o powrocie uzależnił od tego, czy „Życie towarzyskie i uczuciowe” zostanie w końcu wydane[111].

Tadeusz Konwicki mówi: „Opór przeciw wydaniu w Polsce »Życia towarzyskiego i uczuciowego« (…) był przede wszystkim środowiskowy. Mówiło się: ee, to szmira, czwartorzędne gówno. Towarzyski ostracyzm, który potrafił spowodować, że pewne obszary życia przestawały istnieć. Tak miało się stać z Tyrmandem. (…) Mógł książki wydawać albo na Zachodzie, albo – jak „Filipa” – przy niewiarygodnych trudnościach i ograniczanym sztucznie nakładzie[112].

Książka ostatecznie opublikowana nie została. Kazimierz Koźniewski tłumaczy to tym, że gdy Tyrmand dostał paszport i wyjechał z Polski: „… PIW bardzo się ucieszył, że może jednak powieści nie drukować (…) Nie było żadnych motywów politycznych, był tylko opór środowiska. Wydawca mówił: ależ oczywiście opublikujemy książkę, konieczna jest tylko pewna adiustacja maszynopisu, z którą musimy poczekać na autora. Autor nie wrócił, książki można było nie wydać[113].

Leopold Tyrmand do końca życia pozostał na Zachodzie.

 ***

 Tyrmand mógł drażnić. Na fali odwilży wypłynął, odniósł ogromny sukces, tryumfował. Stefan Kisielewski wspomina, że z ogromną satysfakcją mówił o tym, jak mijał swoim oplem niedawnych prześladowców idących chodnikami Nowego Świata[114]. Dla niego było to nagrodą, utrwaliło w nim wiarę w system wartości, w którym dobro zwycięża ostatecznie zło.

Wydawało się również, że Tyrmand, będący dotychczas głównie dziennikarzem i publicystą, znalazł dla siebie niszę – chciał pisać powieści. W wywiadzie po latach twierdzi, że nie pozostało mu nic innego. „Być dziennikarzem oznaczało wziąć na siebie dobrowolne jarzmo” – tłumaczy. Z wielką nadzieją rzucił się więc do pisania kolejnych książek.

I tu natrafił na przeszkodę nie do pokonania. Nie bez przyczyny poprzedni rozdział skończyłem pisząc, że Tyrmand dość trafnie zdiagnozował stan warszawskich elit intelektualnych. I jak się ostatecznie okazało – niezbyt szczęśliwie dla siebie. Te (niespecjalnie tolerujące jego osobę już przed Październikiem) po ogromnym sukcesie „Złego” i osobistym tryumfie jego autora, nie tylko nie zmieniły swojego nastawienia, ale – korzystając z tego, że nadal dzierżyły kontrolę nad kulturą – zaczęły go na różne sposoby gnębić. Zresztą tak jak innych niezależnych.

„Życie towarzyskie i uczuciowe” było pierwszym dziełem, w którym Tyrmand – w moim przekonaniu – ujawnia swoje nowe publicystyczne zadanie. Chce, aby przejmujący obraz zdegenerowania polskiej elity, wszystkie jej grzechy i matactwa, „życiowe numery”, brak zasad moralnych i cyniczny oportunizm, ujrzały światło dzienne. By zostały wykrzyczane publicznie. To stało się wówczas jego celem. Gdy okazało się, że nie będzie on mógł go zrealizować w Polsce, zdecydował się dokonać tego na Zachodzie. Emigracja była na to jedyną nadzieją.

Współpraca z „Kulturą” Jerzego Giedroycia

Będąc poza Polską Leopold Tyrmand nawiązał współpracę z paryską „Kulturą”[115] Jerzego Giedroycia. Przez pewien okres wahał się, czy zdecydować się na stałą współpracę, wiedząc, że pojawienie się jego nazwiska w stopce znienawidzonego przez reżym pisma odetnie mu drogę powrotu do kraju. Gdy jednak stało się jasne, że PIW nie puści „Życia towarzyskiego i uczuciowego” do druku, a Tyrmand podjął decyzję pozostania w USA, został amerykańskim korespondentem „Kultury”. Od marca 1967 w miesięczniku ukazało się prawie dziesięć tekstów pisarza.

Już pierwszy jego artykuł zyskał znaczny rozgłos. „Porachunki osobiste”[116] były pamfletem, w którym Tyrmand rozliczał się ze swoją polską przeszłością, a także ze środowiskiem artystycznym i dziennikarskim Warszawy. To są moje porachunki osobiste z komunizmem i ludźmi w komunizmie. Kogo nie interesuje ich prywatność lub razi wąskość perspektyw, niech dalej nie czyta. Dalej będzie mowa o gnojeniu…[117] – prowokacyjnie zaczyna autor.

Zatrzymamy się nad tym artykułem, nie po to, by śledzić losy Tyrmanda, lecz aby zobaczyć, jak opisał on przemiany środowisk medialno-artystycznych podczas odwilży i Października roku 1956 oraz jakie zmiany i rozwinięcia nastąpiły w jego sądach, które znamy już z „Dziennika 1954”. Dalej mowa będzie o tym, jak tezy bronione przez pisarza w eseju zostały przyjęte przez środowiska emigracyjne i jak w ostatecznym rozrachunku spowodowały jego rozbrat ze środowiskiem paryskiej „Kultury”.

"Porachunki osobiste". Jak stalinowskie elity odwilż październikową przetrwały i nadal gnębią niezależnych

Jak wspomniałem wcześniej Tyrmand nie zaangażował się bezpośrednio w Październik. Sukces „Złego” rozbudził  w nim ambicje literackie, nie chciał wracać do dziennikarstwa. Był to dla niego okres prosperity. Korzystając z rozluźnienia cenzury i z tego, że rządzący na moment stracili pełną kontrolę nad środkami przekazu i kulturą przygotowywał kolejne powieści. Miał prawo wstępu do wydawnictw i redakcji, pisania tekstów wyrażających swoje poglądy. To wszystko sprawiło, że – jak sam w „Porachunkach osobistych” przyznaje – Wraz z 30 milionami innych myślałem, że idzie ku lepszemu, że będziemy wyjaśniać i remontować. Nadal byłem przeciwnikiem, lecz uważałem, że komuniści powinni pozostać przy władzy, bo niby jak inaczej? (…) Po czym nastąpił absolutyzm oświeconego komunizmu i matactwa neo-Dyrektoriatu w kulturze. Ulepszono uchwyt, owinięto nylonem rączkę[118].

Według pisarza problemy rozpoczęły się w momencie, gdy do władzy w kulturze powrócili ci, którzy dzierżyli ją w czasach stalinowskich. Tyrmand ma jak najgorsze zdanie o tych ludziach. Pisze: Montaż intelektualnego establishmentu w (…) Polsce opiera się ciągle na trzech klasycznych zasadach moralnych (…) Są to:- on musi, – nikt nie jest lepszy, – każdy tak robi. Już podówczas były to kłamstwa, bogate w zasób interpretacji i przeinaczeń na użytek i dla wygody każdej kanalii (…) Albowiem: – nikt nie musiał i miliony świadczyły o tym codziennie, zgadzając się na ruinę zamierzeń i nijakość, aby tylko nie brudzić rąk i sumień, – było mnóstwo lepszych w każdej dziedzinie życia, – nie każdy tak robił, na przykład ja nie robiłem[119].

Jak to się stało, że w warunkach odżegnywania się od stalinizmu do steru władzy w kulturze wrócili właśnie ci ludzie?

Logicznie rzecz biorąc – tłumaczy Tyrmand – skrachowana ekipa powinna była ustąpić, a na jej miejsce powinien przyjść zespół, który miał rację[120]. Czyli zdaniem pisarza tacy ludzie jak on, środowisko „Tygodnika Powszechnego”, różni profesorowie, którzy sprzeciwiali się łajdactwom mimo brutalnych nacisków, grupki izolowanych malarzy, muzyków, pisarzy oraz poetów, którzy opierali się presji masowego oportunizmu. Przez krótki okres rzeczywiście przedstawiciele tych środowisk na powrót odgrywali pierwszoplanowe role – dla przykładu do redakcji „Tygodnika Powszechnego” powrócił Jerzy Turowicz ze swoimi ludźmi, środowiska młodzieżowe organizowały festiwale jazzowe, tworzyły teatry studenckie, efemeryczne pisma i kluby[121].

Co w tym czasie robi ekipa tworząca media i kulturę w czasach stalinizmu? Dokonuje błyskawicznej przemiany własnych zapatrywań. Publicznie wyznaje swoje błędy, opowiada o tym, jak została zdradzona przez stalinizm i z gorliwością neofity głosi prawdy, pasujące do nowych czasów, niewiele mające wspólnego z tym, co głosiła w poprzednich latach[122]. Ich święta wspólnota – pisze eseista – polegała na wzajemnym zmywaniu z siebie win, na genialnie skomponowanych żalach na swój zły los zgwałconej i wyeksploatowanej niewinności. Wynik olśniewający: w 10 lat po mowie Chruszczowa, polskim Październiku i powstaniu na Węgrzech nikt nie jest w stanie dokonać niczego w bloku (…) kto uprzednio nie lizał butów Stalina, nie pomagał mu w ustanawianiu moralnych, intelektualnych porządków, a potem nie wycofał się z tego w przepisowy sposób (…), kto nie posiadł cnoty transfiguracji, cudownego przeistoczenia win i błędów we własna, niepokalaną chwałę[123].

Jako najlepszy przykład osoby, którą wspomnianą technikę opanowała do perfekcji wskazuje pisarz profesora Jana Kotta, czołowego publicystę „Kuźnicy”[124], według Tyrmanda jednego z najbardziej wpływowych ludzi w środowisku kontrolującym kulturę, autora mechanizmów zakazów i nakazów, mających gnębić niepokornych twórców. Jest to wątek o tyle istotny, że wielu krytyków eseju atakowało i podważało jego tezy, właśnie spierając się co do roli, jaką odegrał Jan Kott oraz szczerości przemiany, jaką przeszedł on podczas Października. Tyrmand sarkastycznie opisuje, jak profesor – na słynnym wiecu w Politechnice – wygłaszał prawdy, które dla większości ludzi wydawały się prawdziwym, ale jednak banałem.

Kott należał do rekordzistów w tej konkurencji: głosili oni z ogniem, że błąd jest pożywką postępu, że atmosfera oczyszcza się, o ile jest wolność słowa, że nowe musi być inne, a nie doskonałe, że niedobrze jest jak jednostka decyduje o wszystkim[125].

Pisarz komentuje złośliwie, że wszystkie te prawdy od dawna powtarzali adwersarze profesora i jego „Kuźnicy”, chociażby w publikacjach „Tygodnika Powszechnego”, zaś on sam i jemu podobni odpowiadali im wtedy z entuzjazmem, że: wolność słowa zanieczyszcza atmosferę, że umysł ludzki jest w stanie wyeliminować wszelki błąd oraz, że genialna jednostka jest i nie ma co się na jej temat sprzeczać[126]. Tyrmand komentuje, że w zamian za dojście do tych neoprawdziwych prawd Kott i jego towarzystwo ustawiło się znów na pozycjach pierwszeństwa, czyli tego, co Artur Sandauer nazwał trafnie wyłącznym prawem do naprawiania zegarka przez tych, którzy go zepsuli[127].

Październikowe rozluźnienie trwało do czasu, gdy nowa władza na czele z Władysławem Gomółką (który został I sekretarzem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej) poczuła się na tyle mocna, że mogła przywrócić kontrolę reżymu nad środkami masowego przekazu. Pisze Tyrmand: Wkrótce stało się jasne, że pierwsza ekipa [elita powstała za czasów stalinizmu – przyp. MM], przegrupowana i posegregowana na rozgoryczonych, rozczarowanych i zmądrzałych, odegra nową, główną rolę. Dlaczego? Ponieważ: nawet najbardziej skłonni do pojednań komuniści bali się autentycznych katolików i autentycznych liberałów jak ognia, toteż kiedy na fali Października wypłynęli starzy intelektualni cwaniacy potrząsający hasłami liberałów i niezależnych, rządzący komuniści pozwolili im z ulgą udawać nas. Tym bardziej, że stary aparat do robienia kultury pozostał (…) tylko igła kompasu przeskoczyła na gomułkowską „niepodległość”…[128]

To z kolei sprawiło, że do środków masowego przekazu zapraszano twórców z czasów stalinowskich, którzy przeszli cudowną przemianę, a nie tych wedle Tyrmanda prawdziwie niezależnych. Tym znowu zamknięto łamy czasopism, gnębiono cenzurą, zakazami druku oraz innymi metodami.

Prasa, radio i telewizja stanęły do dyspozycji tych łagodniej zbuntowanych, byłych (i może kiedyś znów) swojaków, pogniewanych, lecz własnych,, nabzdyczonych, lecz nigdy na serio nie skrzywdzonych. Po paru latach nawet najbardziej łagodny publicysta „Tygodnika Powszechnego” zamknięte miał łamy prasy popularnej, radio i telewizję i skazany był na martwe przemilczenie, natomiast rebelianci, jak Kott, udzielali wywiadów, stanowili nie dławiony przez nikogo autorytet w dziedzinie niezgadzania się (…) Określali dozwoloną alternatywę, czyli w istocie swej byli niegroźni[129].

Tyrmand w swoim eseju uzurpuje sobie prawo do wypowiedzenia się właśnie w imieniu tych, którzy przed Październikiem byli niezależni, a potem, jako ci potencjalnie niebezpieczni, zostali w sposób nie mający nic wspólnego z demokratycznym dyskursem zagłuszeni i zepchnięci w twórczy niebyt przez tych, którzy otwarcie wspierali stalinowski reżym. Wyśmiewa i nie wierzy w to, że dorośli ludzie, najinteligentniejsze umysły swoich środowisk, uczeni, redaktorzy poważnych czasopism nie rozumieli natury komunizmu, nie rozumieli tego, co – jak pisze – wiedziała już w Polsce każda praczka, tragarz, a nawet uczeń. I dodaje, że czyny ludzi takich jak Kott są obrazą wszelkiej przyzwoitości. Przyzwoitości, którą tak ciężko było – zdaniem pisarza – przechować za Stalina[130].

Autor eseju wzywa byłych popleczników stalinizmu do rozliczenia się ze swoich czynów w tamtym okresie. Pisze:

Dopóki Kottowie nie rozliczą się jasno, dokładnie i uczciwie ze stalinizmu, my będziemy się czuli oszukani i skrzywdzeni i nie zaprzestaniemy myśleć o nich jak o profitantach, którzy wnieśli swe powodzenie na naszych kościach i których w gruncie rzeczy określa zwykła tchórzliwość, bo zaczęli krzyczeć, kiedy już wolno było krzyczeć, kiedy za krzyk nikt już nie pakował na Mokotów, ani nie wsadzał knebla, jak nam wsadzano, kiedy nieszkodliwym krzykiem i niezgadzaniem się można już było w Polsce wybornie zarobkować, lepiej niż dotychczasowym służalstwem[131].

Tyrmand przekonuje, że ludzie o takim profilu moralnym i sposobie postępowania jest wśród establishmentu tak wielu, że są oni zjawiskiem społecznym, wąskim z perspektywy narodu, lecz realnie obecnym i widocznym[132]. Przyczynę widzi w charakterze ustroju. System wartości i mechanizm przeznaczeń premiuje w komunizmie małość i podłość i wynosi je pod różnymi postaciami powodzenia[133]. Październik zaś wprowadził dodatkową, zdaniem pisarza, całkowicie nieludzką normę wartościowania: ci, którzy się nie mylili, nie mogą mieć racji, prawdziwą wartością było służyć złu, a potem przestać i głosić nadużyte, wykołowane anielstwo. Pozostaje jednak pytanie, co zrobić z tymi, którzy od początku nie chcieli być głupi i źli, i mieli w końcu rację, potwierdzoną całkowitym jej przejęciem przez skurwionych archaniołów?[134]

 Zdaniem Tyrmanda warszawskie elity są już tak zdegenerowane, że miast zmierzyć się z prawdą, wolą niszczyć tych, którzy im ową prawdę wypominają. Brak oportunizmu uznają za zagrożenie dla własnej pozycji, stąd wraz z aparatem partyjno-państwowo-publicznym gnoją tych, którzy wzdragali się przed współpracą i upierali się przy swoich racjach[135]. Nie istnieją punkty odniesienia rozumowe czy moralne: „nie ich” przeznaczony jest na zagładę[136]pisze Tyrmand i z przekąsem dodaje: W latach 60. okazało się, że najbardziej lukratywne w sensie zysków są targi o własną duszę – żeby się o nią targować, trzeba było ją uprzednio zaprzedać Stalinowi. Ci, którzy nie sprzedali, są skazani na brak w obowiązującym układzie[137].

W eseju Tyrmand jasno wyraża motyw napisania tekstu. Chce przy jego pomocy bronić swojej postawy do końca. Zauważa, że każdy w komunizmie toczy walkę, ale większość zgadza się na własną klęskę. On zaś nie chciał się poddać, ponieważ są pewne wartości, dla których warto – jego zdaniem – bić się do końca. Wedle niego zasada jest taka sama jak wtedy, gdy walczono z hitleryzmem: po prostu nie można ustąpić. Taką walką jest wyciąganie na światło dzienne prawdy, bez względu na to, czy się to komuś podoba, czy nie; pisanie i publikowanie bezkompromisowych sądów o ludziach, których zachowanie jest sprzeczne ze znanymi mu moralnymi zasadami; sprzeciw dla bezsensu, smutku i niegodziwości komunizmu[138].

Tyrmand zastrzega, że prawdziwy sprzeciw polega na tym, że się za niego płaci – marnowaniem życiowych planów, nędzą, rozpaczą traconego życia: tego nauczyły mnie totalizmy, w których żyłem[139] – pisze. Dlatego krytykuje z pasją tych, którzy – jego zdaniem – nie dość, że ukradli rolę tym, którzy za swój sprzeciw słono płacili, to jeszcze ich kosztem dobrze prosperują. Tyrmand wstawia się w tekście za tymi, którzy, podobnie jak on, byli przez popleczników stalinizmu gnojeni.

Zawsze byłem przeciw silniejszym, co nie znaczy przeciw silnym. Uważam, że silniejsi są gorsi przez fakt swej przewagi. Zawsze byłem po stronie słabszych, którym trudno się było bronić, nie dlatego, że ich wolę, lecz dlatego, że przez pomoc im człowiek staje się silnym, ja zaś lubię silnych. Kott i jemu podobni znów są po stronie silniejszych, z czego może nie zdają sobie sprawy[140].

Dla Tyrmanda orężem w walce z silniejszymi jest słowo, pisał już o tym w „Dzienniku 1954”[141]. Używa go dla wyrażenia swojego protestu, dla stworzenia – jak sam to określa – „donosu”, czyli terminu, którym w Polsce, z której wyjechał, potocznie nazywa się coś, co psuje dochodowe przecherstwa ideowo-intelektualne[142]: Życie nauczyło mnie dawno, że nie ma nagród za rzetelność. Ale namnożyło się ostatnio zbyt wiele nagród za „życiowy numer”, aby można było patrzeć na to bez obrzydzenia i protestu[143].

 ***

 „Skrachowana ekipa”, „profitanci”, „skurwieni archaniołowie”, „mafia[144]”, „tchórze” – to tylko niektóre epitety, jakimi Tyrmand określa tych, którzy podczas Października przeszli przemianę i zaczęli głośno i publicznie odżegnywać się od tego, co głosili w okresie stalinizmu, by utrzymać swoje pozycje i nadal móc korzystać ze zdobytych wcześniej apanaży. Są to słowa mocne, nacechowane emocjonalnym stosunkiem, wpisujące się w charakter całego tekstu. Tyrmand pisze, że jedyne, co może zrobić, to krzyczeć, protestować, pisać prawdę. Prawdę, której emigracja, żyjąca z daleka od spraw polskich, nie może dostrzec. A która skutkuje tym, że walka z komunizmem tych środowisk jest nieskuteczna, bo popierają one i współpracują z ludźmi, którym na obaleniu ustroju akurat zależy najmniej[145].

To już nie jest tylko walka o siebie i obronę swojej postawy z jaką mieliśmy do czynienia w „Dzienniku”. Pisarz – korzystając z tego, że nie musi pisać do szuflady – stara się stanąć w obronie tych, którzy tam, w Polsce, postępowali – oczywiście w rozumieniu Tyrmanda – przyzwoicie, i za taką postawę słono zapłacili, a którzy – mimo przemian – zostali wykołowani przez grupę cynicznych oportunistów. Autor z jednej strony opisuje mechanizm gnojenia tych, którzy wcześniej mieli rację, w ten sposób biorąc ich w obronę, a z drugiej strony stara się im powiedzieć, że – wbrew pozorom – to oni są silni, to po ich stronie stoi racja i uczciwość.

W mojej opinii Tyrmand przekracza w tym eseju rolę publicysty, krytyka pewnej rzeczywistości, a wkracza w rolę moralisty. Przemawia niczym kaznodzieja. Stosuje twarde kryteria moralne, operuje pojęciami dobra i zła, wyraźnie wskazuje, kto stoi po której stronie, kto postępuje przyzwoicie, a kto niegodziwie. Przemawia przeciw silniejszym, a wstawia się za bezbronnymi. Wskazuje na niewidoczną wyższość „bycia przeciw” i nadaje temu moralną wartość. Bardzo mocno też akcentuje niezmienność zasad oraz to, że wzbudzają jego wątpliwości nawrócenia, których efektem jest różnie pojmowany zysk. Gdyby – i piszę to bez cienia ironii – autor dodał obietnicę nagrody w niebie, jego esej mógłby pełnić rolę kazania, zaś Tyrmand – ze swoją niezłomną postawą – spełniać rolę sumienia, które wzywa ludzi ze „skrachowanej ekipy” do rozliczenia się z własnych biografii, do spowiedzi, w której wyznają oni prawdziwe i – zdaniem autora – grzeszne motywacje stojące za ich przemianą.

Odmienne spojrzenie na Odwilż – początek konfliktu Tyrmanda ze środowiskiem „Kultury”

„Porachunki osobiste” wywołały duże zainteresowanie, zarówno w kraju, jak i w środowisku emigracyjnym. Na falach Radia Wolna Europa odbyła się na ich temat dyskusja[146], której przewodniczył dyrektor rozgłośni Jan Nowak-Jeziorański oraz publicyści związani z paryską „Kulturą”: Józef Czapski, Konstanty A. Jeleński i Maciej Morawski.

Tekst Tyrmanda atakowano na różne sposoby. Zarzucano mu, że:

– Nie zauważył, że to właśnie ludzie, których tak w swoim tekście krytykuje, swoimi odważnymi wystąpieniami (np. Jana Kotta na Politechnice) czy dziełami („Poemat dla dorosłych” Adama Ważyka) stworzyli klimat dla zmian. W przeciwieństwie do tego jak sprawę przedstawił Tyrmand, Konstanty Jeleński twierdził, że to oni właśnie wytworzyli koniunkturę październikową, a nie za nią poszli. W związku z tym – dowodził Jan Nowak-Jeziorański – ich przemiana była aktem osobistej odwagi, a ich historyczną zasługa polegała na tym, że przez swoją postawę stwarzali fakty dokonane, które przyczyniały się rozluźnienia cenzury i doprowadziły do Października[147];

– Nie rozumie, że ogromna część była szczerymi komunistami, którzy przeszli prawdziwą moralną przemianę, gdy dowiedzieli się, chociażby po referacie Chruszczowa[148], prawdy o zbrodniach czasów stalinizmu. Tyrmand, który – jak sam podkreśla – nigdy komunistą nie był, nie może pojąć autentyczności ich dramatu i związanej z tym szokiem przemiany[149]. Dyskutanci co prawda zgadzają się, że były i inne motywacje współpracy z reżymem, ale – jak mówi Jeleński – Są to niesłychanie skomplikowane kwestie psychologiczne. Moglibyśmy mówić o tym godzinami[150] i na tym rozprawa w tej kwestii się ucina;

– Nie może przyjąć do wiadomości, że emigracja nie może sobie pozwolić na żadne ostracyzmy, ponieważ są one sprzeczne z interesem narodowym. Maciej Morawski twierdzi, ze Polacy są zbyt biedni, by odsuwać ludzi z talentem; wręcz przeciwnie, każdemu talentowi trzeba umieć wiele wybaczyć, trzeba go chronić[151];

– Oczekuje za swoją niezłomną postawę nagrody. Nowak-Jeziorański twierdzi, że człowiek, który postępuje w zgodzie z własnym sumieniem nie może żądać za to żadnego zadośćuczynienia jak tylko wewnętrzne zadowolenie[152]. Niestety, to przekreśla w pewnym sensie motyw każdej rzetelności[153] ­– konkluduje.

– Jest pisarzem drugorzędnym, a z jego tekstu bije nienawiść do pisarzy wybitnych – tą tezę rozwija głównie Jeleński. Jego zdaniem atak na profesora Kotta jest atakiem na wszystkich, którzy podpisali List 34[154]. Argumentuje, że wśród nich jest szereg pisarzy wybitnych, którzy nie poszli na kompromis w czasach stalinowskich, a mimo to nie odmawiano im prawa do otrzymania paszportu[155]: Kto odmówił Marii Dąbrowskiej kiedykolwiek wyjazdu za granicę?[156] – pyta.

Morawski potwierdza słowa Jeleńskiego i dodaje, że na pewno są w literaturze polskiej głębsi pisarze od Tyrmanda, on zaś jest mistrzem, ale w swojej kategorii[157].

– Ataki Tyrmanda są może i słuszne, ale skierowane pod niewłaściwym adresem. Jeleński twierdzi, że w „Porachunkach” napadani są ludzie, do których on ma najwyższy szacunek, w związku z tym tekst traci moc i nie pomoże zdemaskować zakłamania autentycznych oportunistów[158];

– Tekst jest egotyczny i przepełniony osobistą goryczą. Bierze się – wedle Józefa Czapskiego – ona z tego, że po „Złym” nie umożliwiono Tyrmandowi wydania czegokolwiek, a nawet nie zezwolono na wyjazd do Rosji po należne za tamtejszy przekład bestsellerowej powieści pieniądze. Publicysta „Kultury” stwierdza, że gdyby Tyrmand był Mickiewiczem, byłoby mu pewnie wszystko jedno. Ale Tyrmand – to Tyrmand, i cała ta sytuacja stwarza w nim rozgoryczenie. Przewrotnie dodaje Czapski, że dziękuje Tyrmandowi, bo pokazuje on, do jakiego stopnia komunizm degraduje człowieka[159].

 

Ta mnogość uderzeń nie mogła nie spotkać się z odzewem autora „Porachunków”. Tyrmand odpowiada tekstem o tytule nawiązującym do wiersza „Hymn” Juliusza Słowackiego: „Smutno mi Boże – kiedy na Zachodzie…”. Tyrmand rozpoczyna swoją polemikę od sarkastycznej opowieści, z której wynika, że nie warto tłumaczyć ludziom z Zachodu realiów panujących w komunistycznej Polsce, bo i tak nie zrozumieją. Autor przywołuje opinię „umysłowego kozaczka”, któremu żalił się na ślepotę, tępotę i niefrasobliwość gości z zagranicy, a który po wysłuchaniu pisarza miał odpowiedzieć[160]: „Po cholerę. I tak w życiu nie pojmą. W tym trzeba było być”[161]. Jest to jasna aluzja do członków dyskusji w RWE, którzy wiedzę o Polsce zdobywają na wszelkie możliwe sposoby, tylko nie empirycznie. Autor kontynuuje ten wątek i ironicznie chwali dystans z jakim debatujący podchodzą do tematu, a na który on nie mógł się niestety zdobyć[162].

Tyrmand odpowiada Nowakowi, że wcale nie chce nagród za rzetelność. Chce i domaga się za to: odnotowania i uznania mojego udokumentowanego „punktu widzenia” i moich zasad ideowo moralnych, które ten punkt widzenia ustanawiały, a które z kolei są własnością wielu innych ludzi w Polsce, jak i konkretnym układem odniesienia wobec tych, którzy pisali, mówili i działali inaczej i wrogo w stosunku do przytłaczającej większości społeczeństwa i mnie y compris. Owi politycy, działacze społeczni, pisarze i intelektualiści pisali i czynili różne brudne świństwa, służyli zbrodniom i kłamstwu, nurzali się w krzywdach innych ludzi, bronili gwałcicieli i metod gwałtu. Brud polityczno-społeczny pozostaje zawsze brudem, bez względu na to, czy dyskutant p. Jeleński nazwie go „niesłychanie skomplikowaną kwestią psychologiczną, o której można mówić godzinami”, mechanika zaś (i to tragiczna) tych spraw w komunizmie jest taka, że nawet najczystsi ideowo komuniści nie potrafią uniknąć schlapania się gnojem podłości i matactw[163].

Dalej odpowiada Tyrmand na zarzut, że jest pomniejszycielem i paszkwilantem Października[164]. Autor tłumaczy, że może i dla osób spoza Polski te wydarzenia były cudownym i szlachetnym zrywem, który pchnął do przodu koło historii, ale osoby z kraju, które napatrzyły się temu z bliska, mają świadomość różnych mętnych kombinacji wokół tego pchania oraz (…) przekonanie o tym, jak daleko pchnięto[165]. Tyrmand mówi, że właśnie ten brak autopsji jest tym, co powoduje, że emigracyjni publicyści są w stanie tak wiele wybaczać, a on nie[166].

Pisarz zwalcza zwłaszcza przekonanie, że to inteligencja zbudowała koniunkturę październikową, które jest podstawą do rozgrzeszenia partyjnych intelektualistów przez środowiska „Kultury”.

Październik nie był przez nikogo zrobiony, lecz był wynikiem materialnego i moralnego załamania się w komunizmu w Europie Wschodniej na skutek 10-letniego, kamiennego, biernego oporu antykomunistycznych mas[167]. Tłumaczy, że do śmierci Stalina owe masy były utrzymywane w ryzach terrorem, ale potem, w wyniku walki o władzę różnych frakcji, sytuacja wymknęła się spod kontroli[168]. Zrewoltowani intelektualiści partyjni, a między nimi intelektualni lokaje, nie robili Października, lecz żywili się nim jak samochód benzyną. To nie oni wymyślili Chruszczowa i jego obrazoburstwo, to nie oni urządzili Poznań[169] i nie oni „szumieli” w fabrykach, nie z ich inicjatywy ludzie zbierali się w tłumy na Żeraniu i rogach ulic[170]. Tyrmand przypomina swoim krytykom, że gdy lud kładł, choć mało efektownie, podwaliny pod zmiany: … oni pisywali impertynencko-żałosne elegie socrealistyczne lub uprawiali samogwałt sumień w zamian za trzypokojowe mieszkania na Starówce[171].

Autor tekstu tłumaczy, że „Poemat dla dorosłych” Adama Ważyka, który w dyskusji był podawany jako akt osobistej odwagi, i który miał odegrać doniosłą rolę w przemianie, tak naprawdę upajał tylko wąskie grono partyjnej inteligencji – szerokie masy narodu i młodzieży nie miały o nim zielonego pojęcia. Miał jakieś znaczenie, ale było one jedynie niewielką cząsteczką, nie większą od wystawy malarskiej w Arsenale, festiwalu jazzowego w Sopocie, czy Teatru na Tarczyńskiej. Tyrmand dodaje, że aktem odwagi owszem by było, ale gdyby Ważyk napisał „Poemat” i rozdawał go znajomym 4 lata wcześniej[172].

Podobnie kontruje autor argument Nowaka o wystąpieniu profesora Kotta na Politechnice. Po łagodnie malenkowskiej ochabszczyźnie[173] (…), po zwalnianiu więźniów z łagrów na Syberii czołgi sowieckie koło Radzymina[174] miały w sobie tylko połowę grozy i wzmacniały tylko patos gestów na trybunach (…) Nikt w ogóle nie wierzył, że może być gorzej: mogło być albo lepiej, albo z powrotem Ochab, co znowu nie wyglądało zbyt fatalnie w porównaniu z Bermanem i Radkiewiczem[175] [176]. Tyrmand dodaje, że w okresie Października naród z rozbawieniem patrzył na nowe olśnienia ludzi takich jak Kott oraz odkrywane przez nich z entuzjazmem oczywiste prawdy. Pisze, że uważał ich za błaznów, a ich nagłe wolty za szmatławość[177]. Ludzie byli wtedy dość rozżarci i nikt nie witał oklaskami obecnych laureatów Wielkiego Rozczarowania, jak to się aktualnie urabia w legendę. Nie bardzo ich wtedy było widać, liczyły się wartości nowe i autonomiczne, dopiero co poczęte i bez garbu, „Po prostu” i „Bim-Bom”, Goździk i Hłasko[178][179].

Rozprawia się także Tyrmand z Jeleńskiego sugestią, że traktując jako pewien symbol profesora Kotta, który był jednym z sygnatariuszy Listu 34, podstawić można w jego miejsce każdego, kto ów dokument podpisał. Czyli tezę, że atak na Kotta jest w gruncie rzeczy atakiem na każdego sygnatariusza. Autor tekstu pisze, że identyfikacja Kotta z resztą jest cudem ekwilibrystyki polemicznej i dodaje, że było wiele osób, które się przed podpisaniem listu ze względu na nazwisko profesora wzdragali[180].

Wielu spośród sygnatariuszy jest godnych, w moim przekonaniu, najwyższego uznania i poważania, inni są moimi są moimi wieloletnimi przyjaciółmi, i pamiętam równie dobrze, że zarówno jedni, jak i drudzy tłumaczyli się gęsto (…) za znalezienie się z Kottem w jednym szeregu i przyznawali z troską, iż w istocie jest to rzecz mało gustowna[181].

Dorzuca, że jest rzeczą zupełnie niezrozumiałą, jak Jeleński może nie wiedzieć, jakim rozwarstwieniom ulegli sygnatariusze listu – ilu z nich nie otrzymuje paszportów i nie może wydawać książek[182].

Polemikę ze swoim krytykiem autor kończy kontrując argument, że miał atakować ludzi, do których Jeleński ma najwyższy szacunek.

Jakie mamy dane na to, że p. Jeleński szanuje właściwych ludzi? Dość żadne (…) A może p. Jeleński wie o tych ludziach niewiele i niezbyt dokładnie? (…) Szacunek p. Jeleńskiego sam w sobie nie jest żadną obiektywną, ani moralną, ani prawną, miarą wartości. Sąd p. Jeleńskiego nie jest społecznie sprawdzalny i stanowi tylko p. Jeleńskiego osobiste przekonanie, oparte na jego prywatnej wiedzy i doświadczeniu. Czy więc dlatego ja nie mam prawa do demaskowania, bo moje przekonanie i doświadczenie popada w kolizję z p. Jeleńskiego supernormą szacunku?[183]

Zarzucaną mu egotyczność tekstu Tyrmand tłumaczy literackim zabiegiem rozszerzającym jego przeżycia na całe rzesze żyjących w komunizmie i mających te same doświadczenia i podobny do nich stosunek[184]. Nigdzie w „Porachunkach” nikt nie znajdzie akcentu „Jedynego sprawiedliwego w Gomorze”, wszędzie zaś mówię o takich jak ja, dotkniętych przez to samo (…) chyba zgodzi się p. Nowak, że dla poparcia mych tez nie należy się powoływać na autorytety czy egzemplifikować po nazwisku[185].

Uwagę Czapskiego o rozgoryczeniu Tyrmand opatruje parafrazą wiersza Słowackiego: Smutno mi Boże, gdy pan Józef Czapski… oraz  komentarzem: zmartwiłem się szczerze, gdy z dyskusji owej dowiedziałem się, iż upatruje on w fakcie niezapłacenia mi przez Rosjan honorarium „Złego” źródło mych wielkich rozgoryczeń. No, ale z tego to ja się już tłumaczyć nie będę[186].

 

Socjalizm dla paryskiej emigracji i socjalizm dla Tyrmanda. Rozbrat pisarza z „Kulturą”

Dyskusja w RWE była zaczynem konfliktu między Leopoldem Tyrmandem a Jerzym Giedroyciem. W swoim liście metodę polemiczną Jana Nowaka-Jeziorańskiego i Konstantego Jeleńskiego, ludzi obdarzonych przez redaktora naczelnego „Kultury” najwyższym szacunkiem, autor „Porachunków” określił jako napaść „chamską, parszywą i nieklawą (…) szalenie przypominającą pewne nastroje w kraju[187][188].

Giedroyć tłumaczył, że jego taktyka polityczna musi polegać na normalizowaniu, a nie zaognianiu stosunków, co nie wyklucza bezkompromisowej walki z głupotą reżymu i schorzeniami społecznymi. Sposób argumentacji Tyrmanda nazywał jednak „przesadnym przyciskaniem pedału”[189]. Pisał także, iż … powiązanie z ludźmi z kraju jest głównym sensem naszej roboty, a na współpracę jest gotów z każdym, kto posiada talent i zachował się przyzwoicie po październiku – okres stalinowski trzeba przekreślić i zresztą wyraźnie go przekreśliliśmy[190].

Dla Tyrmanda były to tezy nie do przyjęcia. W tekście zatytułowanym „W rok później” żali się, że to, co pisze nie staje się – jak miał nadzieję – przedmiotem owocnych we wnioski polemik, dysput, analiz. Jest albo obiektem zaciekłego ataku, albo przemilczenia. Tyrmand zauważa, że jego sądów się po prostu „nie lubi”, psują emigracyjnym myślicielom ich wyobrażenia o kraju, sprawiają, że coś się im w rachunku nie zgadza. Tyrmand zarzuca „Kulturze”, że zajmuje się w swoich tekstach sprawami mało istotnymi, a nie podejmując z nim dyskusji o roli komunistycznej elity przed i po Październiku, ucieka od spraw esencjonalnych[191].

W najgłębszym przekonaniu uważam problem byłych stalinowców i tych, co współdziałali z najokrutniejszym czasokresem komunizmu w ramach wszelkich motywacji – od cynicznej pobłażliwości, przez hipokryzję, po wiarę – za kluczowe dla uczuć i postaw moralnych całych pokoleń, także tych przed nami[192].

I tłumaczy, skąd u niego ta metoda polemiczna, którą naczelny „Kultury” nazywa „przesadnym przyciskaniem pedału”.

Ja chcę rewizji moralnych, a nie działania politycznego, w ramach zaś tego, co chcę można tylko po imieniu i nazwisku, uogólnienia i formułki zawodzą. Wierzę głęboko, że tylko ci, którzy przeciwstawiają się totalizmowi z pozycji moralnych, mogą liczyć na ostateczne zwycięstwo[193].

Lista rozbieżności ciągle się pogłębiała. Giedroyciowi nie spodobał się list Tyrmanda do „New York Timesa”, w którym na wieść o tzw. „wydarzeniach marcowych” roku 1968, zrzekł się on polskiego obywatelstwa. Ten sam list pisarz przesłał do „Kultury”. Naczelny miesięcznika odpowiedział:

Wbrew zapewne Pana intencjom, przeciętny czytelnik może wyciągnąć wnioski, że uważa Pan, że postępowanie Gomułki przekreśla cały wielowiekowy dorobek czy historię Polski. Z Pana oświadczenia wynika identyfikowanie reżimu ze społeczeństwem, co jest łagodnie mówiąc nieścisłe. Poza tym Pan już dawno przyjął papiery amerykańskie[194], więc Pana gest zawisa dosyć w próżni. Nie sądzę, by celowe było ogłaszanie go w „Kulturze”.[195]

Dochodziło także do starć na tle ambicjonalnym. Tyrmand czuł się niedoceniony merytorycznie i finansowo przez „Kulturę”. Chciał odgrywać w niej rolę, taką jak londyński korespondent Juliusz Mieroszewski, co Giedroyciowi wydawało się całkowitym nieporozumieniem. To, że płacę Panu małe honoraria, nie wynika ze skąpstwa, ani z niedoceniania Pana talentu, ale jedynie z mojej sytuacji materialnej – odpowiadał. Tyrmand otrzymywał za tekst 50 dolarów, więcej dostawał tylko Witold Gombrowicz[196].

Choć Tyrmand przygotowywał w tym czasie antologię tekstów miesięcznika przeznaczoną na rynek amerykański, to wydawało się, że jego rozbrat z „Kulturą” jest nieodwracalny. Zwłaszcza, że do spraw osobisto-merytorycznych doszła ogromna przepaść ideologiczna między linią polityczną miesięcznika, a poglądami Tyrmanda.

Ale po kolei.

Latem 1967 roku nakładem Instytutu Literackiego w Paryżu opublikowane zostało „Życie towarzyskie i uczuciowe”[197], powieść, której – przypomnijmy – Tyrmandowi nie chciano wydrukować w Polsce.

Książka w środowiskach emigracyjnych (głównie z tzw. emigracji wojennej) nie znających warszawskich uwarunkowań, nie spotkała się z wielkim odzewem. Okazała się zbyt mało czytelna. W Polsce – do której na skutek zacieśniającej się przedmarcowej obręczy cenzury i aparatu przemocy dotarło zaledwie ok. 2,5 tys. egzemplarzy – została całkowicie przemilczana. Warszawskie elity ją zbojkotowały, uważając za paszkwil niegodny szerszej dyskusji[198].

Kiedy wyszło »Życie towarzyskie i uczuciowe« postanowiono książki po prostu nie zauważyć. Uznano, że wydarzenia nie było, a otaczający Tyrmanda klimat lekceważenia był bardzo przydatny dla bohaterów »Życia…«[199]” – mówi o przyjęciu książki na warszawskich salonach Krzysztof Teodor Toeplitz.

W „Kulturze” o książce pisał Juliusz Mieroszewski, korespondent z Londynu, czołowy komentator miesięcznika, człowiek tworzący linię polityczną pisma, określający sam siebie lewicowcem bliskim ideałom socjaldemokracji[200]. W swoim tekście chwali, że jest to powieść dobrze napisana, ale w człowieku o lewicowych poglądach budzi ona sprzeciw. Mieroszewski zarzuca autorowi „Życia…”, że nie można pisać o socjalizmie patrząc na niego przez pryzmat aparatczyków i karierowiczów.

Socjalizm – w rozumieniu publicysty „Kultury” – to nie Breżniew, ani Gomułka, ani bezpieka. Socjalizm jest wspaniałą ideą, której nie przyćmił nawet Stalin i jego kaźnie[201].

Dalej wywodził, że postęp w dziedzinie kulturalnej i cywilizacyjnej jest możliwy dzięki temu, że ludzi fascynują ideały przerastające ich możliwości, stąd ważna jest nie realizacja ideału, a do niego dążenie[202].

W Polsce Ludowej czy w Rosji Sowieckiej rozdźwięk między założeniami socjalizmu a rzeczywistością jest nie do pojęcia. Lecz tak na Wschodzie, jak i na Zachodzie są ludzie, którzy odważnie głoszą nieskażone przesłanie komunizmu. Przykład Czechosłowacji wykazał, że nawet makabryczna karykatura socjalizmu, jaką jest stalinizm – nie tylko nie odwraca ludzi od socjalizmu, lecz przeciwnie, pogłębia tęsknotę za prawdziwym socjalizmem[203].

W finale Mieroszewski wysuwa pod adresem Tyrmanda następujący zarzut:

Pisząc o małości w socjalizmie – jak głosi podtytuł jego książki – nie dostrzegł wielkości idei socjalistycznej. Świadczy to nie o małości socjalizmu, tylko o braku perspektyw autora[204].

 

Artykuł Juliusza Mieroszewskiego podziałał na Tyrmanda, który termin socjalizm pojmował w kategoriach tego co oglądał w Polsce przez dwadzieścia lat, jak płachta na byka[205].

Musiał się poczuć jak w koszmarnym śnie. Oto na idealizowanym przez niego Zachodzie najświatlejsze postaci polskiej emigracji – Czapski, Jeleński, Mieroszewski, Nowak – zgodnym chórem zarzucały mu czarnowidztwo i fałszowanie polskiej rzeczywistości. Podobne słowa słyszał w Polsce, kiedy reżymowe wydawnictwa odrzucały mu kolejne maszynopisy[206]  – tłumaczy gniew Tyrmanda Henryk Dasko, badacz jego twórczości.

Pisarz miał świadomość, że „Kultura” jest pismem o profilu lewicowym, Jerzy Giedroyć pisał mu o tym już w liście z maja 1967 roku:

Opinią intelektualistów w Ameryce (jak i na całym świecie) rządzi lewica. Jej wpływ w Ameryce, jeśli chodzi o uniwersytety, fundacje etc., jest ogromny (…) Krwawym wysiłkiem zrobiłem z „Kultury” pismo lewicowe i to mi na każdym kroku pomaga. Byłoby nieścisłe stwierdzenie, że zrobiłem to ze względów taktycznych. Moja osobista ewolucja poszła w tym kierunku również[207].

Wydaje się jednak, że Tyrmand nie spodziewał się aż tak wielkiej przepaści, jak ta, która dzieliła myślicieli-ideologów pisma od polskiej rzeczywistości. Z kolei to, że opisywali oni zafałszowany – jego zdaniem – obraz komunizmu, było nie fair w stosunku do ludzi żyjących w kraju. Różnice w pojmowaniu nawet nie idei socjalistycznej, a faktów były widoczne na każdym kroku. Choćby we fragmencie odpowiedzi na artykuł Mieroszewskiego, który jest kwintesencją odmienności w patrzeniu na świat Tyrmanda i publicysty miesięcznika.

Pisze Pan: „Socjalizm jest wspaniałą ideą, której blasku nie przyćmił nawet Stalin i jego kaźnie”. Mnie się jednak wydaje, że przyćmił[208].

Lista niezgodności obejmowała także stosunek do wydarzeń w Czechach w 1968 roku, które Tyrmand nazywa ponurym aktem politycznego bandytyzmu[209]. Dalej pisał, że wbrew temu, co twierdzi Mieroszewski, ludzie po drugiej stronie żelaznej kurtyny wcale nie tęsknią do lepszego socjalizmu i jest to jasne i oczywiste dla każdego, kto choć przez jakiś czas tam pomieszkał[210]. Wreszcie Tyrmand stawia tezę, że nie ma innego socjalizmu niż ten, który istnieje. Wszystko inne jest teorią i wyobrażeniem[211]. Pan mówi z zachwytem o idei socjalizmu, czyli o ewentualnym socjalizmie jakiego nie znamy, karcąc mnie za napisanie książki o socjalizmie, który znam[212] – kwituje.

Tyrmand kontynuuje natarcie. Rozwija swoje tezy w tekście „Socjalizm – czyli pewność”, który jest frontalnym atakiem na linię polityczną pisma i taki sposób patrzenia na komunizm, jaki prezentuje Mieroszewski. Pisze, że słowo „lewica” w polszczyźnie emigracji 1945-1970 brzmi żartobliwie, o ile nie humorystycznie. Zwierza się, że gadanina emigracyjnych myślicieli o idei socjalistycznej kojarzy mu się ze slapstickowymi żartami[213].

Dywagacje na temat lepszego czy ulepszonego socjalizmu kojarzą mi się z tortem akurat lądującym na nosie Flipa czy Flapa, a twierdzenia o nieuniknionej, socjalistycznej przyszłości świata przypominają mi heroiczne zmagania Harolda Lloyda z wielowymiarowością i wypadanie z coraz to nowego okna[214].

Tyrmand uważa, że rozdźwięk między rozumieniem pojęcia „socjalizm” na Zachodzie i Wschodzie jest tak wielki, że dla człowieka z kraju … dywagacje ideowo-polityczne polskiej Nowej Lewicy w emigracyjnej prasie wyglądają jak żałosne zabawy onanistów[215].

W dalszej części Tyrmand całkowicie neguje większość z tez prezentowanych w „Kulturze” przez jej czołowych publicystów. Wskazuje błędy w ich analizach wynikające z tego, że mają oni o komunizmie słabe pojęcie – nigdy w nim nie żyli, a swoje teorie budują na opowieściach bardzo wąskiej części polskiego społeczeństwa, która może wyjeżdżać na Zachód (a Tyrmand już wie, kto „tam” dostaje paszport). W końcu pisze, że to, iż w kraju głównie mówi się o ulepszaniu socjalizmu wynika tylko i wyłącznie z tego, że w istniejących warunkach geopolitycznych nikt nie wierzy w możliwość całkowitego od niego odejścia, co nie oznacza, że większość Polaków tego z całego serca nie pragnie.[216]

Giedroyć odmówił druku tekstu jako niezgodnego z linią polityczną pisma. W odpowiedzi Tyrmand zrezygnował z obowiązków korespondenta „Kultury” i poprosił o wycofanie jego nazwiska ze stopki redakcyjnej. Nalegał też, by artykuł opublikować z zaznaczeniem, że reprezentuje on wyłącznie jego poglądy. Naczelny miesięcznika nie dał się jednak przekonać argumentując, że nie ma zamiaru dezawuować współpracownika, który na odcinku politycznym jest porte-parole[217] pisma. Dodał, że ma nadzieję, że będzie Tyrmand pisał dla „Kultury” to, na co ma ochotę, zaś on będzie drukował, również gdy będzie miał na to ochotę[218].

To spowodowało, że Tyrmand przestał wysyłać swoje teksty Giedroyciowi, urwały się ich prywatne kontakty i korespondencja.

Ostateczna rozprawa z warszawską elitą: „Nowa góra społeczna i jej dolce vita”

Rozbrat ze środowiskiem paryskiej „Kultury” sprawił, że Leopold Tyrmand podjął współpracę z londyńskimi „Wiadomościami”[219]. Było to pismo o mniejszym zasięgu, skierowane głównie do tzw. emigracji wojennej i w kwestiach tyczących się polskiej rzeczywistości pozbawione większych ambicji politycznych. Kolejni redaktorzy pisma w znacznie mniejszym stopniu ingerowali w teksty Tyrmanda niż Jerzy Giedroyć[220]. To właśnie na łamach „Wiadomości” ukazały się pierwsze teksty z cyklu „Cywilizacja komunizmu”, które w 1972 roku, zebrane w zbiór, wydała Londyńska Fundacja Kulturalna. Wśród nich znajduje się esej „Nowa góra społeczna i jej dolce vita” – tekst wieńczący rozprawę Tyrmanda z powojennymi elitami Warszawy.

 

„Nowa góra społeczna i jej dolce vita” to ostatnia i – moim zdaniem – najbardziej zaawansowana rozprawa Leopolda Tyrmanda na temat komunistycznej elity intelektualnej. Jest to też tekst najmniej osobisty – autor, w przeciwieństwie do „Dziennika 1954” i „Porachunków osobistych” nawet przez moment nie jest jego bohaterem. Znający losy pisarza bez trudu znajdą jednak aluzje i biograficzne odniesienia, tak samo jak znający wymienione wcześniej dzieła, odnajdą argumenty wcześniej już nich występujące. Tyle że w tym eseju uzyskały one bardziej naukowy szlif – Tyrmand próbuje stworzyć coś na kształt teorii, stąd jego argumentacja jest bardziej spójna, uszeregowana i mniej emocjonalna.

Na kształt artykułu miała też wpływ zmiana jego odbiorcy. Pierwotnie eseje składające się na zbiór pisane była dla amerykańskiego czytelnika (siłą rzeczy mającego małe pojęcie o życiu w komunizmie) na zamówienie wpływowego i opiniotwórczego pisma „New Yorker”. W dwóch częściach, pod nazwą „Notes on the Communist Life”[221] miały się ukazać w dziale „Reflections”[222] w roku 1971. Redakcja wstrzymała jednak druk tekstu, najprawdopodobniej z przyczyn ideologicznych[223]. Wybór takiego czytelnika spowodował jednak zmianę formy na prostszą, język z literackiego zmienił się publicystyczny, myśli są ułożone w logicznej kolejności, zaś kolejne akapity wynikają jeden z drugiego.

Właśnie pamiętając o zmianie czytelnika, na samym początku autor rysuje tło i roztacza genezę istniejącego stanu rzeczy. Pisze że obejmując władzę w Europie wschodniej komuniści cierpieli na katastrofalny brak kadr. Partie były nieliczne, izolowane, bez korzeni w społeczeństwach przeważnie chłopskich i drobnomieszczańskich, konserwatywnych i religijnych[224]. Gwarantem władzy była stacjonująca Armii Czerwona, zaś własne kadry starczyły do obsadzenia najwyższych stanowisk w aparacie władzy i terroru. Do takich dziedzin jak kultura, nauka, dyplomacja, trzeba było wpuścić elementy obce. Komuniści myśleli, że będzie to stan przejściowy, dopóki sami nie wyprodukują zastępców. Rezerwuarem owych kadr była przeważnie inteligencja, warstwa społeczna zastępująca kwalifikacjami umysłowymi tradycyjny brak kapitałów w Europie Wschodniej[225], żyjąca przed wojną dość zamożnie, w sojuszu z klasami posiadającymi.

Jako przyczynę, dla której znaczna część inteligencji poszła na współpracę z nowym reżymem, autor podaje pieniądze, ale też dodaje zaskakująco: Jako ludzie żyjący z ruchliwości własnego umysłu nie mogli się powstrzymać jednak powstrzymać od fabrykowania eufemizmów, w które w końcu sami uwierzyli. Nazywali więc „swój konformizm” siłą przyciągania zwycięskiej doktryny, bezlitosna logiką historii, goryczą wobec Zachodu, który zdradził (…) Najbardziej cyniczni nazywali to jedyną perspektywą rozwoju, ci też osiągali najwyższe szczeble[226]. Wydaje się, że autor w ten sposób buduje podwaliny pod dalszą i niezwykle istotną dla zrozumienia fenomenu nowej grupy społecznej część swojego rozumowania, w której będzie oskarżał elitę o preparowanie pseudomoralnych usprawiedliwień dla tego, co robi.

Tyrmand też przedstawia początkową strategię komunistów. Jego zdaniem, nie niszczyli oni inteligencji wszystkimi możliwymi środkami lecz przeciwnie, kokietowali ją i ogłosili sojuszniczką rewolucji. Dodaje, że legendą jest wrogość komunistów do klas posiadających, będąca strategią w walce o władzę, gdy mieni się rzecznikiem proletariatu. Prawdą – wedle Tyrmanda – jest, iż komuniści byli i są wrogiem, ale jedynie tej części inteligencji, która nie zgadza się zaakceptować ich kłamstw i zbrodni. Ulegli i przydatni mogą liczyć na łaskę i zastosowanie. Toteż ci, którzy byli zdolni zaoferować nowym władcą jakieś talenty bądź usługi propagandowe, znaleźli drogę do formującej się nowej góry społecznej[227].

Czym jest „nowa góra społeczna” – termin sformułowany przez Tyrmanda? Jest to pewnego rodzaju elita, ale tym różniąca się od znanych pisarzowi analogicznych grup z Zachodu, że swoją pozycję zawdzięcza symbiozie z komunistycznym reżymem. Polega owa symbioza na tym, że w zamian za usługi propagandowe legitymizujące ustrój, członkowie elity zyskują nieznane innym klasom społecznym przywileje, dające jej możliwość przyjemniejszego, bardziej komfortowego życia. Tyrmand tak właśnie definiuje cel nowej elity: jako dolce vita – z włoskiego przyjemne życie[228].

Ponieważ każda władza oznacza odpowiedzialność, a ta psuje słodkie życie, przeto nowa góra społeczna wystrzega się jej za wszelką cenę. Owszem, Tyrmand pisze, że jej poszczególni członkowie mogą być także członkami klasy rządzącej i ogrywać znaczną rolę w polityce czy gospodarce, ale … jej ogólną cechą jest brak władzy i natrętne podkreślanie politycznej niemocy[229]. Nowa góra społeczna stara się za to o nieustanne wpływy polityczne, raz jej się to udaje, raz nie – konkluduje autor.

Nie jest jednak tak, że elita kocha władzę, a władza – przez to, że ta grupa nie rości aspiracji do rządzenia – elitę. Stosunki między nową górą społeczną a klasą rządzącą cechuje wzajemna pogarda i nienawiść. Klasa rządząca gardzi asekuranctwem nowej góry społecznej, zazdrości jej swobody w korzystaniu z owoców powodzenia i uprzywilejowania (…) Nowa góra społeczna nienawidzi żelaznej uprzęży, którą sobie dobrowolnie nałożyła na grzbiet, a w której klasa rządząca zmusza ją do kłamstw i upodleń (…) najbardziej nienawidzi swych panów za to, że nie jest dla nich groźna i niebezpieczna[230].

Komuniści nie każdemu deklarującemu gotowość współpracy dawali przepustkę do elity. Kryterium wstępu było zaufanie władców, a nim – pisze Tyrmand – obdarzano ludzi o sprawdzonych cechach charakteru takich jak: tchórzostwo, gotowość do poparcia każdego łajdactwa w ideologii i polityce, nade wszystko zaś ślepy strach przed szarością życia bez dostępnych luksusów[231].

Potęga nowej góry społecznej ma swoje korzenie w czasach stalinizmu. Komunizm – zdaniem Tyrmanda – potrzebował figurantów, którzy swoimi nazwiskami legitymizowaliby jego poczynania wobec narodu i osłabiały nieufność Zachodu. Potrzebowali [rządzący – przyp. MM] historyczno-arystokratycznych nazwisk, które apelowałyby do nacjonalizmów; katolików, którzy głosiliby że Stalin goręcej od papieża kocha Kościół i wiernych (…) wybitnych pisarzy i artystów, którzy dowodziliby, że dwa plus dwa jest pięć[232]. Tyrmand tłumaczy, że im kto zręczniejszy był w takiej intelektualnej gimnastyce, im lepiej i bezczelniej potrafił kłamać, tym większe czekały go zaszczyty ze strony rządzących.

Następnie pisarz przytacza mity, jakimi – jego zdaniem – ci, którzy zaangażowali się wtedy we współpracę próbują tłumaczyć swoje ówczesne postępowanie. Tyrmand pisze, że wbrew temu, co się głosi, opornym wcale nie przykładano pistoletu do skroni, a przykładem na to jest ciągle żyjąca część opornej inteligencji, która, choć w gorszych warunkach i bez możliwości wyjazdu za granicę, przeżyła ten okres. Za to ci, którzy przeszli na służbę komunistom, awansowali do nowej góry społecznej, czyli przeszli do kategorii ludzi przeznaczonych do życia w dobrobycie. Dostali także niezwykle cenne – zdaniem Tyrmanda – poczucie produktywności (pisze, że jest ona dla artysty najwyższym luksusem psychologicznym w komunizmie), którego pozbawieni byli ci nieugięci, którym komuniści odmawiali publikacji ich dzieł.

Cechą charakterystyczną nowej góry społecznej jest jej stabilność. Podczas gdy w aparacie władzy, na skutek intryg i walk o wpływy, mają miejsce ciągłe awanse i degradacje, intelektualiści, dyplomaci, artyści z nowej góry społecznej trwają nieustannie na raz osiągniętych w jej łonie pozycjach. Akces do niej jest automatyczną gwarancja stabilności, bowiem odbywa się poprzez wybór postawy oportunistycznej, a zatem uniwersalnie funkcjonującej i przydatnej w każdych warunkach, jako służba wszystko jedno komu. Im cyniczniejszy serwilizm, tym bardziej wzrasta pewność przetrwania wszelkich zmian i politycznych burz[233]. O październikowej odwilży Tyrmand pisze bardzo zdawkowo, sygnalizuje jedynie, że kultura na krótko zdołała się wyrwać z uchwytu klasy rządzącej i nowej góry, i stała się domeną liberałów, nonkonformistów i zbuntowanej młodzieży. Autor stwierdza, że był to jedynie moment, ale nie tłumaczy dokładnie, jak nowa góra społeczna wróciła na swoją uprzednią pozycję[234].

Tyrmand wymienia dwie metody, zapewniające akces do nowej góry społecznej: czynną i bierną.

W pierwszym przypadku obowiązuje głoszenie swej wiary. Jest to precyzyjnie opracowana technika obłudy, albowiem głoszący najczęściej gardzą komunizmem, apoteozując go jednocześnie w swoich utworach i przemówieniach[235]. Jako ludzie inteligentni unikają jednak prymitywizmu, stąd uzewnętrzniają zręcznie swe opory i zastrzeżenia, ostentacyjną troskę o niedoskonałość komunistycznej praktyki (teoria jest święta!), wahają się publicznie (…) W końcu jednak odnajdują – również publicznie – najgłębsze złoża humanizmu, mądrości i sprawiedliwości w komunizmie, za co ich honoraria wzrastają do bajecznych rozmiarów[236]. Tyrmand pisze, że w okresie terroru stalinowskiego metoda była jeszcze prostsza, bo wystarczyło poddać swoją twórczość następującemu dualizmowi: z jednej strony szatan amerykańskiego imperializmu i jego domowe wcielenia – bogaty chłop, burżuj i agent CIA, z drugiej – komunistyczny anioł, czyli stalinowski aparat władzy[237].

Jako przykład postawy czynnej autor podaje też autentycznego i zaangażowanego marksistę, ale kontruje to od razu zastrzeżeniem, że jest to przypadek rzadki, zwłaszcza jeśli ma on wrażliwe sumienie. Zdaniem Tyrmanda taka osoba szybko przemienia się w rozczarowanego krytyka, przyjmując taką postawę wypada z łask klasy rządzącej, a co za tym idzie, z nowej góry społecznej. Na końcu – wciąż jako postać wywrotowa – jest zwalczana znacznie ostrzej niż bojowi niemarksiści[238].

Postawa bierna jest bardziej skomplikowana, polega zaś na tym, aby kumulować bogactwo i przywileje przy jak najmniejszych serwitutach. Jako przykład pisarz podaje muzyka, którzy swoją symfonię zamiast nazwać „Świętem wiosny” nazywał „Świętem rewolucji”, czym, przy zachowaniu walorów artystycznych dzieła, zyskiwał sobie przychylność władz. Inną ilustracją są aktorzy tratujący się nawzajem, by w przedstawieniach odtwarzać postaci ideologicznie słuszne i niezależnie od jakości własnej gry cieszyć się pozytywnymi recenzjami w komunistycznej prasie i związanymi z nimi przywilejami. Tyrmand zauważa, że członkowie nowej góry społecznej wiedzą o osobistej pogardzie kompozytora czy aktora do władzy, ale rozumieją taką postawę, społeczeństwo widzi w artyście karierowicza, ale akurat to jest jemu obojętne, bo – wedle Tyrmanda – uznaje się on za charyzmatycznego muzyka, któremu jest dozwolone wszystko, co służy własnej twórczości.

Tu pisarz podkreśla rolę reklamy i lansowania w kształtowaniu góry społecznej, bo ten mechanizm różni się znacznie od tego znanego w krajach demokratycznych. Popularność – zdaniem Tyrmanda – jest dekretowana.

Nie można jej uzyskać ani osobistą wartością, ani atrakcyjnością talentu, nie można jej kupić – można ją tylko otrzymać w nagrodę za oddane usługi. Gdy wszelkie masowe środki przekazu skoncentrowane są w rękach klasy rządzącej, wywiad z autorem, aktorem, uczonym czy wynalazcą nie jest rezultatem ani jego zasług, ani popularności, lecz wyłącznie miernikiem jego użyteczności dla władców. Można z dnia na dzień stać się sławnym i wielbionym nie dlatego, że taki był werdykt publiczności, lecz dlatego, że tak zdecydowała partia, żadna zaś reklama równać się nie może ze skutecznością w kreowaniu pseudoznakomitości, jaką dysponują komunistyczne środki przekazu[239].

Jest też druga strona medalu: Jeśli jednak ktoś upiera się przy swojej samodzielności i niezależności, wtedy skazany jest na totalne przemilczenie i wymazanie: redaktorzy gazet, radia, telewizji (…) nie dopuszczą do najmniejszej wzmianki o jego istnieniu, nawet gdy publiczność wyrywa sobie jego książki z rąk i przepisuje na prywatnej maszynie[240].

Artyści przydatni dla reżymu są za swoje usługi sowicie wynagradzani. Tyrmand przywołuje w tym miejscu terminy „profitariat” i „właściciele Polski Ludowej”, jakimi nazywana jest nowa góra społeczna. Pisze także, jak owa elita wyodrębniona jest ze społecznego otoczenia i porównuje to z krajami demokratycznymi, gdzie podobne zjawisko występuje również, ale na nieporównywalnie mniejszą skalę i nie dotyczy fundamentów materialnej egzystencji: każdy ma dom, tylko bogacze – większy i ładniejszy.

W komunizmie – pisze Tyrmand – posiadanie własnego dwupokojowego mieszkania jest nieosiągalne dla przytłaczającej większości społeczeństwa, samochód stanowi przejaw najwyższego dobrobytu, podróż zagraniczna jest skomplikowanym przedsięwzięciem, które planuje się latami i które najczęściej nie dochodzi do skutku. Problemy te i troski nie trapią członków komunistycznej nowej góry społecznej[241].

Tyrmand rozwija tę myśl przez zestawianie życia przeciętnego człowieka i tego z elity. Pisze o łatwiejszym dostępie do lepszych mieszkań w warunkach nieustannych niedoborów lokali, o domach pracy twórczej, które szczególnie w przypadkach kryzysów gospodarki żywieniowej są obiektem pielgrzymek artystów, gdyż zaopatrywane są w jedzenie ze środków specjalnych. Wspomina także o uproszczonym dostępie do paszportu i dewiz, które są przepustką do wyjazdu na Zachód. Owe wyjazdy są z kolei szansą dla prywatnej przedsiębiorczości wyjeżdżających – za pieniądze otrzymane od państwa wwożą oni do Polski produkty deficytowe, w związku z tym pożądane i mające odpowiednio wysoką wartość, co jeszcze zwiększa przepaść majątkową i różnicę w poziomie życia między górą społeczną a resztą społeczeństwa. Swój opis kończy autor jeszcze jedną różnicą między elitami Zachodu i komunistycznej Polski.

Nowa góra społeczna nie kapitalizuje swoich dochodów. Powodem jest zarówno obawa przed klasą rządzącą, która krzywo patrzałaby na gromadzenie majątków, jak i brak zaufania do komunistycznego pieniądza. Żyje na wysokiej stopie, lecz z dnia na dzień, nie żałując sobie niczego w kraju[242].

Czy powodzenie majątkowe i luksusowe życie jest dla nowej góry społecznej jedyną motywacją? Tyrmand uważa, że nie. Pisze, że motywem ich poczynań jest głód znaczenia i potrzeba wyniesienia ponad innych (…) Wielu też wierzy, że w wyjątkowość swego talentu i uważa, że wszelkie środki są usprawiedliwione dla jego otwartej realizacji, albowiem za 100 lat nikt nie spyta, czy twórca był politycznym hipokrytą, tylko co po sobie zostawił[243]. W tym miejscu eseju wraca też wątek, który Tyrmand rozpoczął na łamach „Dziennika”, a który w ogromnym skrócie sprowadza się do myśli, że jeśli sztuka ma być dobra, musi być prawdziwie niezależna. Tym razem, zamiast szczegółowej argumentacji, Tyrmand sprowadza tę myśl do jadowitej sentencji: Wydaje się jednak, że lokajstwo i poniżające posłuszeństwo silniejszym, nie są żyznym klimatem dla twórczości: jak dotąd nie wyprodukowano w kulturze Europy wschodniej niczego godnego przetrwania[244].

Kolejnym wątkiem, występującym już w „Dzienniku 1954”, jest postawa marrana. Tu również autor dokonuje pewnej syntezy. W miejsce języka literatury i psychologii pojawia się zwięzły język publicystyki. Tyrmand wraca do tego, że zarówno postawa czynna jak i bierna są wynikiem wolnego wyboru, czyli – jak pisze – wstępnej zgody na cyniczny serwilizm[245]. Tu jednak rozwija swoją wcześniejszą teorię, wprowadzając nowy wątek. Członkowie nowej góry społecznej nie kładą już tylko nacisku na brutalną presję klasy rządzącej. Dodają do tego także przymus związany z obowiązkiem względem narodu, ojczyzny, szerzej pojętej kultury: członek nowej góry społecznej zakłada a priori swoją genialność czy nieodzowność dla narodu, kultury itd., która zmusza go do przyjęcia warunków klasy rządzącej[246]. To jest ów nowy wątek – Tyrmand pokazuje wreszcie inną niż finansowa motywację do współpracy z reżymem. Jego myśl staje się przez to pełniejsza, jego późniejsze rozumowanie bardziej spójne. Dlaczego? Ponieważ daje lepiej wyjaśnić chęć do szukania usprawiedliwień, do dziwnej próby przedstawienia siebie jako ofiar.

Pisze Tyrmand: … członkowie nowej góry pragną, aby rzekomy gwałt na ich sumieniach dostrzeżony został i uznany za gwałt przez ich społeczeństwa i opinię intelektualną Zachodu, aby ich rozterki wewnętrzne dały im rozgrzeszenie. Tkwi w nich głęboka nostalgia za moralną czystością i potrzeba usprawiedliwień, a więc świadomość winy. Rodzą się w nich kompleksy: nowa góra społeczna (…) wstydzi się swych karier, ukrywając ten wstyd poza nonszalancką bufonadą intelektualną i moralną ekwilibrystyką. Towarzyszy im nieodstępny wysiłek, by kariery swe przedstawiać jako rezultat przymusu, siebie zaś jako ofiary „czegoś”. Nad niczym nowa góra społeczna nie pracuje tak gorączkowo jak nad mitem o „prześladowaniach”, którym jakoby ulega ze strony klasy rządzącej…[247]

 Zdaniem Tyrmanda nowa góra społeczna wywiera głęboko negatywny wpływ na otaczające ją społeczeństwo. Związane jest to z tym, że inteligencja zawsze była tą jego częścią, która miała być wzorcem moralnym, z którego czerpano przykłady honoru i przyzwoitości. Pisze autor: Nowa góra społeczna będąc częścią i pochodną inteligencji urabia nowe kategorie i wzory, niezgodne ze szlachetną tradycją tej warstwy społecznej. Poprzez wpływ klasy rządzącej nowa góra społeczna uzurpuje sobie prawo do reprezentowania całej inteligencji. Ponieważ komuniści dzierżą pełną kontrolę nad środkami przekazu, przeto ta część tej warstwy, która hołduje starym wzorcom nie ma szansy na druk swych dzieł, nie ma gdzie głosić swoich prawd, słowem: jest spychana w niebyt. To powoduje, że społeczeństwa: pozbawione widoku zmagań o niepodległość umysłów i charakterów, obojętnieją moralnie, milkną w oporze. Wpierw czy później przyjmują nową górę społeczną jako obiekt zazdrosnych westchnień i plotek, a także jako niezawodny przepis na jednostkowe powodzenie w życiu[248]. Jest to według Tyrmanda szczególnie groźne, gdyż: modna elita (…) jako jedyny regulator sukcesu proponuje konformizm, czyniąc z siebie samego nieubłaganego deprawatora[249].

Jak wspominałem we wstępie, omawiany esej pierwotnie pisany był dla amerykańskiego czytelnika. Dlatego całość wieńczy przestroga dla tamtejszych kręgów intelektualnych. Tyrmand pisze, że błędem jest postrzeganie nowej góry społecznej jako sojusznika w walce z komunizmem. Zauważa, że wielu politologów myśli, iż cynizm jest źródłem komunistycznych rozłamów, że głód dóbr doczesnych zmusi dogmatycznych członków klasy rządzącej do koncesji, a grupą wydającą się mieć takie właśnie konsumpcyjne nastawienie jest nowa góra społeczna. Stąd wielu z nich sądzi, że jest to ta część komunistycznego społeczeństwa, którą można przekonywać do zachodnich koncepcji i idei politycznych, do zachodniej kultury i cywilizacji. Ta, nimi zarażona, ma cynicznie wymuszać na reżymie coraz większe ustępstwa i w ten sposób doprowadzać do jego osłabienia.

Tyrmand uważa to myślenie za błędne. Pisze: Co płytsi i naiwniejsi obserwatorzy z Zachodu przyjmują deklaracje nowej góry społecznej jako szczere wyznania wiary i przekonań, wierzą w ich ostentacyjny liberalizm i ostrożny opozycjonizm. Nie doceniają oni stopnia wierności nowej góry społecznej dla swych klas rządzących. Wierność ta nie jest, rzecz jasna, cnotą, lecz wyrachowaniem. Nikt na świecie nie jest w stanie dać tym ludziom lepszego życia od ich klasy rządzącej. Dlaczego więc narażać na szwank coś, czemu lepiej i łatwiej jest dać pseudomoralne uzasadnienie?[250]

 ***

 „Nowa góra społeczna i jej dolce vita” jest podsumowaniem tego, co autor pomału rozwijał we wcześniejszych utworach. Nie są to obszerne portrety ludzi zamieszanych w stalinizm, z jakimi mieliśmy do czynienia w „Dzienniku 1954”, próby ich scharakteryzowania i oceny. Nie są to także nacechowane emocjonalnie rozliczenia z „Porachunków osobistych”. Tyrmand – na podstawie wcześniejszych przemyśleń – raczej stara się stworzyć pewną teorię. Może o tym świadczyć chociażby samo nazwanie owej elity własnym terminem: „nowa góra społeczna”. Brak konkretnych szczegółów, nazwisk jest również znaczący. Autor nie wdaje się także w tłumaczenie zawiłości poststalinowskiej odwilży, jakby specjalnie nie chciał nazbyt skomplikowaną i prawdopodobnie niezrozumiałą dla amerykańskiego czytelnika historią psuć klarowności własnego wywodu.

Ciekawe jest także wprowadzenie kilku nowych wątków. Przede wszystkim rozróżnienia na postawę czynną i bierną – sygnały tego stanu rzeczy były już widoczne we wcześniejszych tekstach, ale nigdy przybrały tak zdecydowanej i usystematyzowanej formy, jak w tym eseju. Postawą bierną pisarz uszczegółowił własne rozumowanie, które bez tego mogłoby wydawać się nazbyt uproszczone – wyglądałoby, że wszyscy artyści w jednakowy sposób wspierali reżym.

Drugim novum jest opis metody reklamowania i lansowania nazwisk w komunistycznych mediach – wydaje się, że Tyrmand przedstawia coś, czego doświadczył na własnej skórze, nawet nie po zamknięciu „Tygodnika Powszechnego”, ale po Odwilży, gdy jego – znane już ze względu na masowy sukces „Złego” – nazwisko zniknęło, dzięki działaniom nowej góry społecznej, z masowej świadomości. Ta historia z bardzo prywatnej perspektywy i niezwykle konkretnie była opisana w „Porachunkach osobistych”, ale tu nabiera pewnego powszechnego wymiaru. Przy okazji dość ciekawie autor pokazuje, jak mocno media nie odpowiadały społecznemu zapotrzebowaniu, jak zależne były od „widzimisię” władz i członków elity.

Także spokojny i rzeczowy ton, który ukazuje zdystansowanie się Tyrmanda od zagadnienia jest czymś, czego wcześniej nie było. Akcent postawiony jest bardziej na zwrócenie uwagi amerykańskich intelektualistów na złożoność problemu i ostrzeżenie przed zbyt naiwną oceną zjawiska, niż na przekazanie czytelnikom, jak autor tekstu cierpiał nie będąc swego czasu członkiem nowej góry społecznej. Tyrmand – jako człowiek, który pożył w komunizmie – wie, o czym pisze, ale stosunki personalne w Warszawie to już nie jest jego problem. Jemu nowa góra społeczna nie zagraża, jest daleko.

To zresztą doskonale pokazuje, jak w tamtych latach Tyrmand oddalił się od spraw polskich. Osiągnął za oceanem pewną pozycję – od kilku lat pisał po angielsku, dla amerykańskiego czytelnika. O tym jednak w następnym rozdziale.

Rozdział III

Tyrmanda boje z liberalną lewicą

Już w roku 1959 Tyrmandowi zostaje przyznane stypendium Departamentu Stanu USA. Nie może jednak z niego skorzystać, bo komunistyczne władze przez sześć kolejnych lat odmawiają mu wydania paszportu[251]. W roku 1965 pisarz otrzymuje wreszcie dokument uprawniający do wyjazdu za granicę. Postanawia więc wykorzystać stypendium i zwiedzić Amerykę. Przyznany bilet lotniczy zamienia na miejsce na pokładzie greckiego statku, gdyż chce – podobnie jak pokolenia pierwszych emigrantów – przebyć ocean drogą morską[252].

Do Stanów Zjednoczonych Leopold Tyrmand wpływa 20 stycznia 1966 roku.

Ideą stypendiów Departamentu Stanu jest zapoznanie wybitnych obcokrajowców z osiągnięciami i zasadami funkcjonowania amerykańskiego systemu społeczno-politycznego, gospodarczego, ekonomicznego i kulturalnego. Przez trzy kolejne miesiące Tyrmand i poznaje najważniejsze miasta Ameryki: Waszyngton, Nowy Jork, Nowy Orlean, Houston, Santa Fe, Phoenix, Los Angeles i San Francisco i najważniejsze ośrodki akademickie Kalifornii, Chicago i Detroit, wreszcie Boston, Cambridge oraz pomniejsze miasta wschodniego wybrzeża. W każdym z nich przebywa od kilku do kilkunastu dni. Czas wypełniają mu spotkania, odczyty, wywiady oraz zwiedzanie. Prawie codziennie bierze udział w bankietach, podczas których – jako przybysz ze Wschodu – jest nie lada atrakcją. W swoich domach podejmują go znani pisarze: Irving Stone, Erskine Caldwell, Saul Bellow oraz politycy i wykładowcy rozmaitych uniwersytetów[253].

Podczas swoich wojaży prowadzi dziennik. W krótkich notatkach próbuje uchwycić własne wrażenia, opisuje rozmowy prowadzone podczas spotkań towarzyskich, komentuje amerykańską codzienność. Z czasem pojawiają się drobne analizy programów telewizyjnych, reklam, mód i snobizmów amerykańskiej society. W Nowym Orleanie – mieście, o którym napisał książkę, nie widząc go na oczy[254], opisuje swoje zetknięcie ze znanymi z lektur budynkami, wreszcie z jazzową muzyką graną na żywo przez czarnoskórych wykonawców. Tyrmand pisze także o różnicach między Ameryką, Europą Zachodnią oraz komunistyczną Europą Wschodnią.

11 marca 1966 roku pojawia się w dzienniku pierwsza notka napisana w całości po angielsku. Od tego momentu Tyrmand kontynuuje zapiski wyłącznie w tym języku[255].

Już w trakcie stypendialnej podróży dojrzewa w pisarzu decyzja o pozostaniu w Ameryce. Po powrocie do Nowego Jorku Tyrmand występuje o prawo do stałego pobytu. Znajduje mieszkanie na Harlemie, pisze i stara się o różne dotacje[256].

Współpraca z „New Yorkerem”, zachwyt Ameryką

Na podstawie pisanego podczas podróży po Ameryce dziennika tworzy szkic artykułu, którego korekty podejmuje się Beverly de Lucia, jego znajoma dziennikarka z nowojorskiego  „Time Magazine”. Jej entuzjastyczna ocena zachęca go do dalszego pisania. Gotowy tekst pisarz przekazuje swojemu literackiemu agentowi, ten jednak nie widzi szans na jego opublikowanie. Tyrmand wysyła więc artykuł do „New Yorkera”, jednego z najbardziej prestiżowych magazynów amerykańskich. W tym czasie do redakcji pisma wpływało około ćwierć miliona maszynopisów rocznie, a nie zamówione materiały ukazywały się niezwykle rzadko[257].

Tyrmand ma dużo szczęścia. Jego tekst pozytywnie opiniuje sam legendarny redaktor naczelny magazynu, William Shawn. Artykuł, pod tytułem „American Diary”[258] ukazuje się w „New Yorkerze” 11 listopada 1967 roku. Autor dostaje za niego czek na pięć tysięcy dolarów. Prestiżowy magazyn decyduje się na stałą współpracę z polskim pisarzem.

Tekst Tyrmanda spotyka się ze sporym odzewem. Ameryka widziana oczami przybysza z Europy Wschodniej wyglądała odmiennie i intrygująco dla dość sceptycznie nastawionej wobec własnego kraju opinii publicznej[259].

Prestiżowy magazyn decyduje się na stałą współpracę z polskim pisarzem. Na zlecenie pisma Tyrmand wybiera się w podróż do Europy oraz Izraela, gdzie zbiera materiał do kolejnych przemyśleń, które później, w postaci obszernych artykułów zatytułowanych „Notatnik Izraelski” oraz „Europejczyk z Ameryki w Europie” pojawiły się na łamach „New Yorkera”.

W tym drugim tekście Tyrmand w żartobliwy i intrygujący porównuje kulturę i cywilizację Starego i Nowego Kontynentu. Ukazuje ogromny wpływ sztuki amerykańskiej na społeczeństwo europejskie, to ona – jego zdaniem – rozbudza wyobraźnię i kształtuje marzenia. Pisze, że XX wiek to bezsprzecznie czas Ameryki. Wiedzą to nawet, a może przede wszystkim, sami artyści:

Spotykając w Europie panie i panów, wykonujących jakiś zawód twórczy, zauważyłem, jak bardzo zależy im na zdobyciu uznania w Ameryce. To nie tylko sprawa zadowolenia, w jakie wprawiają pokaźne dochody. Po prostu, sukces odniesiony w Europie już nie wystarcza.[260]

Tyrmand zauważa, że także stosunek twórców amerykańskich uległ przemianie.

W latach dwudziestych i trzydziestych nazwisko wyrobione przez Amerykanina w Europie wciąż wywoływało przejęte westchnienia w amerykańskich salonach literackich. Teraz amerykański artysta może być uznawany w Europie i nawet uważa to za miłe. Ale prawdziwie i intensywnie potrzebuje i szuka uznania w Ameryce[261].

Potęga Ameryki jest – zdaniem autora – odczuwalna na każdym kroku i przenika na wskroś życie Starego Kontynentu.

Każdy Europejczyk ma przytłaczającą świadomość Ameryki, nie tylko jako potężnej siły politycznej, decydującej o sprawach wagi historycznej, ale także jako wszechobecnej istoty, której wielorakie promieniowanie oddziałuje na każdą sferę doświadczenia, zarówno w sensie psychicznym, jak i materialnym. W Europie każdy żyje z poczuciem Ameryki[262].

Tyrmand w żartobliwy sposób podkreśla także ogromną zamożność swojej nowej ojczyzny.

Ośmielam się stwierdzić, że pojęcie kanapki ilustruje zasadniczą przepaść dzielącą nasze dwa kontynenty. W Europie je się chleb z szynka, serem, pasztetem i z czymś tam jeszcze. W Ameryce – szynkę, ser, pasztet czy coś tam jeszcze z maleńkim, tradycyjnym kawalątkiem chleba[263].

Pisarz podejmuje się także udowodnienia wyższości Ameryki na bardziej grząskim i mniej oczywistym gruncie – pokazuje wyższość praktycznego idealizmu amerykańskiego, opartego na prostej i przynoszącej materialne korzyści zasadzie: „wspomóż sąsiada, bo jego powodzenie, to także twój sukces” nad idealizmem europejskim, który odrzuca materializm i indywidualizm, ponieważ są one w europejskim rozumieniu zaprzeczeniem idealizmu, zwłaszcza w aspekcie społecznym. Tyrmand pisze, że mieszkaniec Starego Kontynentu, słysząc o idealizmie amerykańskim – żachnie się z sarkazmem i spyta: „A co to wszystko ma wspólnego z idealizmem? Motywacją jest zysk i prosperity, a nie ideały”. Autor tłumaczy, że jest to ciasnota myślenia, nie pozwalająca powiązać naturalnych więzów łączących idealizm i optymizm, zwłaszcza gdy idealizm cechuje pewna praktyczność, a optymizm jest raczej przezorny i wyrachowany. Dalej przekonuje, że społeczeństwa europejskie żyły pod wpływem antyspołecznych uczuć, jak zawiść, zazdrość czy wrogie nastawienie. To zabijało ducha przedsiębiorczości, będącego – zdaniem Tyrmanda – podstawą praktycznego idealizmu[264].

W Ameryce można wszystko sprzedać, jak słusznie twierdzą wrogowie Ameryki. Trzeba jedynie dodać, że dotyczy to również hojności i najwyższych wartości moralnych. Co znaczy tylko, że towary takiego rodzaju znajdują nabywców i klientów. Można się tu świetnie urządzić, mając do zaoferowania życzliwe serce, współczucie, dobroczynny charakter czy altruizm i usłużność. Dlaczego idealizm miałby nie skorzystać z możliwości, jakie stwarza doskonale funkcjonująca gospodarka? Idealizm staje się nową siłą społeczną i moralną, trudną dla uchwycenia dla skostniałych wyobrażeń europejskich. Może ktoś będzie próbował w moich słowach dopatrzyć się ironii, ale dla mnie to naprawdę apoteoza[265].

Wydaje się, że to ostatnie słowo jest kluczem dla całego tekstu. Tyrmand podróżując po Europie skupia się głównie na uwypuklaniu przewagi Ameryki. Francja, jest owszem, piękna, ale jej społeczeństwo ucieka od wolności, Wielka Brytania to żałosny cień dawnego imperium itd. Znamienna jest scena zamykająca zbiór. Tyrmand opisuje podróż podparyskim pociągiem. Dosiada się do przedziału francuski pijak, który słysząc nieoszlifowaną francuszczyznę pisarza rozpoczyna tyradę przeciw cudzoziemcom. Najgorsi – jak łatwo się domyślić – są Amerykanie. Na końcu tubalnym, słyszanym w całym wagonie głosem pyta Tyrmanda, z jakiego kraju pochodzi. Ten, mimo że ma tylko prawo stałego pobytu w USA i w związku z tym nie może przypisać sobie obywatelstwa, odpowiada, że jest z Ameryki[266].

Tyrmand broni Ameryki przed nią samą

Odpowiedź: „Jestem Amerykaninem” symbolizuje zmianę, która miała nadejść w publicystyce Leopolda Tyrmanda. Coraz mniej zajmuje się on zabawnym i błyskotliwym opisywaniem różnic dzielących – w uproszczeniu – Stary i Nowy Kontynent oraz demokratyczny i komunistyczny świat. Jego ambicje rosną, chce zacząć wpływać na amerykańską opinię publiczną w sprawach dotyczących tego kraju. Tyrmand, po wielu miesiącach zachwytu Stanami Zjednoczonymi, dostrzega niewidoczne na pierwszy rzut oka problemy, poddaje je analizie i dzieli się swoimi przemyśleniami. Dla dodania sobie autorytetu nadal utrzymuje pozę człowieka z Europy, który przeżył nazizm i komunizm, ale w coraz większym stopniu podkreśla, że jest już obywatelem amerykańskim i sprawy tego kraju są też jego troską, a osobiste przeżycia filtrem, przez który przepuszcza on rzeczywistość współczesnej mu Ameryki.

W jednym z zapisów umieszczonych na łamach „New Yorkera” pisze, że tak jak nienawiść do czegokolwiek przychodzi mu już z trudem, tak nadal nienawidzi już tylko konformizmu przebranego za nonkonformizm[267]. Zdaniem pisarza współczesna mu elita intelektualna Ameryki czerpie największe korzyści z opluwania, dyskredytowania, opisywania w czarnych barwach – w utworach oraz publicznych wypowiedziach – własnego kraju, co – w jej rozumieniu – ma być nonkonformizmem, za który niby ma płacić prześladowaniami. Tyrmand – mający za sobą doświadczenie komunizmu – śmieje się i pyta, jakie to represje mają spotkać owych „buntowników” oraz dodaje, że jest to jedynie wishful thinking, bo w demokratycznej rzeczywistości USA na takowe nie mają oni żadnych szans. W znanym już z wcześniejszych dzieł stylu dorzuca, że nonkonformizm amerykańskich elit przynosi im bajeczne profity, zaś prawdziwym wyzwaniem i świadectwem intelektualnego oporu nie jest pisanie treści, które otumaniona rewolucyjnym nastrojem opinia publiczna przyjmie bez chwili zastanowienia, ale takich, które będą w kontrze do głównego nurtu. Tyrmand określa swoją publicystyczną misję jako non-nonkonformistyczną. Jej credo przedstawia następująco:

Postanowiłem bronić Ameryki przed nią samą. Zgodnie z długotrwałą tradycją, najsurowszym krytykiem, oskarżycielem i prześmiewcą Ameryki jest amerykańska elita intelektualna. Jest to, zresztą w dużym stopniu, źródło żywotności kultury i społeczeństwa, jako że w ogóle dynamiczny ferment intelektualny stanowi bezcenny element postępu i odnowy. Obrońcą Ameryki pozostaje prosty człowiek z ulicy, zagubiony uczuciowo, o niewyrobionym umyśle, niewybredny w swych ambicjach i upodobaniach, nie będący w stanie stawić czoła zawiłościom, bezradny wobec trudnego dialektycznego wyzwania. Ktoś musi mu pomóc. Cóż za kolosalne zadanie! Robota ogromna, ale takież i widoki na sukces[268].

Błędne byłoby jednak stwierdzenie, że Tyrmand nie dostrzega ułomności swojej nowej ojczyzny. Pisze:

Nie uważam, by społeczeństwo amerykańskie było zdrowe, praworządne, by dobrze funkcjonowało, przestrzegało obyczajów i zapewniało każdemu równe szanse, lecz przynajmniej jest to chyba jedyne społeczeństwo, które bardzo stara się takim być, a już na pewno jedyne, które w tej rozgrywce zdobyło kilka punktów[269].

Na tych dwóch fragmentach buduje on argumentację większości swoich artykułów. Stara się uzmysłowić Amerykanom, że w pewnych dziedzinach dokonali niebywałych osiągnięć i nie warto tego burzyć. Celowo wspominam o destrukcji, bo za główny cel swoich publicystycznych ataków wziął Tyrmand młodzieżowe ruchy, dążące do rozbicia poprzez rewolucję istniejącego systemu politycznego i stworzenia nowego ładu społecznego[270].

Pisarz w tekście pt. „O rewolucji i sprawach pokrewnych” nie wierzył w zwycięstwo studenckiej rewolty, co nie znaczy, że samej rewolucji nie uważał za coś pożytecznego. Musi ona jednak występować w odpowiednich warunkach, w miejscach … przygasłych, odrapanych, zużytych – w nieszczęśliwych krajach, przeludnionych miastach, w dzielnicach slumsów (…) Gdy dochodzi do przewrotu, otoczenie zmienia się w jatkę, a przynajmniej ulega wystarczającej ruinie, by potem, gdy rewolucja zostanie już z powodzeniem stłumiona lub w politowania godny sposób straci na rozpędzie, przejść szeroko zakrojony remont i przemalowanie[271]. I to właśnie jest zyskiem z przewrotu. Największym zagrożeniem jest – jego zdaniem – zwycięska rewolta. W takim przypadku obraz ubóstwa zostaje zachowany i służy jako dowód przedrewolucyjnej nędzy (…) Bywa też, że wszystko pozostaje jak dawniej, ale twierdzi się, że jest lepiej[272].

Tyrmand jest przekornym zwolennikiem rewolucji, bo uznaje za wartościową tylko taką, która się nie uda. W innym miejscu rozwija tę myśl korzystając ze zdobyczy wulkanologii. Wedle tej nauki największa siłę niszczycielską mają wulkany, które długo były nieczynne. Wulkany czynne nie przedstawiają większego niebezpieczeństwa, dają natomiast gejzery, wielce przydatne w leczeniu reumatyzmu[273] pisze. Tłumaczy następnie, że w dyskusji o rewolucji w Ameryce nie bierze się pod uwagę tego, że jest ona właściwie stałym elementem rzeczywistości tego kraju od jego początków i tylko z czasem stała się rewolucją „na raty”, co – jak twierdzi autor – praktycznie określa każdą pomyślną ewolucję. Siłą systemu amerykańskiego jest niesłychana zdolność absorpcji rewolucyjnych wstrząsów. Coś, co inne państwo mogłoby doprowadzić na skraj bezdennego upadku, Amerykę – jego zdaniem –  wzmacnia[274].

Po tym pozornie ugodowym wstępie rozpoczyna Tyrmand właściwie uderzenie. Twierdzi, że młodzi nie mają w swoim ręku żadnych poważnych argumentów, aby pociągnąć za sobą społeczeństwo, które w przytłaczającej mierze złożone jest z ludzi zadowolonych z istniejącego status quo, a nawet czerpiących z panującego stanu rzeczy pewną satysfakcję. To z kolei spowoduje, że rewolucja się nie uda, ponieważ:

Historia nie odnotowała jeszcze żadnej udanej rewolucji młodzieżowej na pełną skalę, przeprowadzoną przez młodzież dla młodzieży. Rewolucje, by odnieść sukces muszą być heterogeniczne. Nie można ich dokonać bez starszych rolników i gospodyń domowych, nie mówiąc już o mężczyznach wszystkich grup wiekowych. Młodość to symbol za słaby, aby porwać za sobą siły niezbędne dla dokonania przewrotu[275].

Argumenty młodzieży dla młodzieży też uważa Tyrmand za niezbyt wyrafinowane. Ich zarzuty wobec otaczającego świata wydają mu się wydumane.

Prorocy rewolucji (…) utrzymują, że człowiek, przerażony bezosobowością i anonimowością bytu, musi się zbuntować. Ale kto się tak czuje? Z pewnością nie biedni i pokrzywdzeni tego kraju. Oni łakną rozkoszy o wiele prostszych niż sensowność i strukturalna tożsamość. Wystarczy im pięcie się w górę hierarchii społecznej i materialne tego przypieczętowanie. Bogactwo nie przykrzy się im, kłopotów nie nazywają alienacją, nie frustrują ich też niuanse powodzenia[276].

Tyrmand twierdzi, że – tak naprawdę – cała ta rewolucja jest zabawą zmanierowanych dzieciaków z dobrych i zamożnych domów, dzieciaków, które posiadają wszystko wyłącznie dzięki temu, że ich rodzice żyli w kraju, w którym wartości – dziś przez nich zwalczane – były podstawą dla jego osiągnięć. Jak nazwać wezwanie do czynu, rzucone przez tych, których nic nie gnębi, i którzy stają w obronie tego, co akurat obrony nie potrzebuje – pyta autor.

Czy nie dociera do nich, że cała moc i słuszność ich protestu wiąże się dogłębnie i nierozłącznie z ustalonymi wartościami tego kraju oraz mechanizmem polityczno-społecznym, który starają się zniszczyć? I komu rzucają wyzwanie? Systemowi, który chlubi się stawianiem wyzwań[277]?

Tyrmand nie rozumie też, co nowego miałby bunt studentów wnieść w sferę wartości. „Działanie” – mają mu odpowiadać młodzi. Autor pisze, że dla ludzi takich jak on, którzy pożyli sobie w latach trzydziestych – brzmi to całkiem znajomo.

Dla nas to jest faszyzm. Ideologia nazistowska podkreślała działanie jako wartość obiektywną i autonomiczną; wiadomo, do czego to doprowadziło (…) Gdy mniejszość chce narzucić swą wolę większości, słówko „działanie” staje się zagadkowo radosne i niewinne. Następstwem jest tylko ponura, monstrualna niesprawiedliwość, zwana też tyranią[278].

W innym fragmencie Tyrmand opowiada, że widział już rewolucjonistów po rewolucji.

Właściwe doświadczenie uczy nas, że im bardziej żarliwy rewolucjonista, tym łatwiej zmienia się w samozwańczego, bezlitosnego policjanta[279].

Do policyjnej tyranii może też zdaniem pisarza doprowadzić niejasny postulat, który jedna z rewolucjonistek, z którymi Tyrmand rozmawiał, określiła jako poszerzanie i udoskonalenie wolności. „Musimy zmierzać naprzód, na długo przed innymi dotarliśmy do punktu, w którym wolność nie jest już wolnością, stąd należy rozbić wszystkie przeszkody, które stoją na drodze ku naszym osiągnięciom” – streszcza tok jej myślenia pisarz i konkluduje, że problem w tym, że ten chwalebny zamiar ma być wprowadzony w czyn poprzez zniesławienie i wygnanie wszystkich, którzy zdają się myśleć inaczej. Dodatkowo twierdzi, że same jej rozumowanie to dialektyczny bełkot[280]. Tłumaczy buntowniczce:

Pani przemawia z dogodnej pozycji kogoś, kto zawsze był wolny i nie ma pojęcia, czym jest brak wolności. Pogawędka o kolorach z niewidomym od urodzenia. Pani nie wie i nigdy nie będzie wiedzieć, że wolność jest niepodzielna, nie ma stopni i odcieni, jest jedna i to determinuje jej istnienie[281].

Tyrmand broni amerykańskiej wolności przed ludźmi, którzy – wzrastając w niej – nie zdają sobie sprawy, czym jest komunistyczna niewola, w której on tkwił bez mała 20 lat. W tym doświadczeniu tkwi źródło jego niepokoju. Droga, jaką obrali młodzi, przypomina mu totalitarne metody, na jakie napatrzył się już w swoim życiu wystarczająco. Głosząc poszerzanie wolności, buntowniczy studenci chcą ją odebrać tym, którzy myślą inaczej. Autor pisze, że to ślepa uliczka. Tłumaczy, że wszystkie swobody w Ameryce opierają się na mądrym założeniu, że ludzie są różni pod każdym względem.

Rzeczywistość tak dalece składa się z niezliczonej różnorodności gatunków i składników, że jedynym sposobem na zachowanie zdrowego społeczeństwa jest akceptacja i poszanowanie odmienności drugiego człowieka[282].

I to jest zdaniem siła, która stworzyła potęgę Nowego Kontynentu. Tyrmand twierdzi, że źródła wszelkich defektów Ameryki nie tkwią w systemie ani nawet w jego założeniach, tylko w naturze życia. A tego nie da się poprawić. Tu żadna rewolucja nie pomoże, bo nigdy w historii nie zmieniła ona – zdaniem Tyrmanda – na lepsze natury ludzkiej, ani nie wykorzeniła wrodzonego życiu zła[283].

Rewolucje zmieniają flagi, kolory, napisy i sposoby bycia, czyli to, co purysta nazwie warunkami społecznymi. Nawet, jeśli część populacji ceni sobie nowy, porewolucyjny stan rzeczy, wkrótce odkrywa, że zaistniałe zmiany dotyczą tylko formy, nie treści życia[284].

Według Tyrmanda bunt młodych jest u podstaw pozbawiony sensu. Ale pisarz nie byłby sobą, gdyby nie dorzucił, że nie ma też w nim krzty heroizmu. Tyrmand wraca do stwierdzenia, które znamy z „Porachunków osobistych”, w których pisał, że prawdziwy i bohaterski opór to taki,  za którego się słono płaci: więzieniem, zmarnowaniem życiowych szans, życia. Takie sankcje ryzykowali czescy studenci[285], do których ich amerykańscy koledzy lubią się porównywać. Tyrmand kpi, że młodzi dzielnie protestujący w miastach i na kampusach Stanów Zjednoczonych, bijący się z siłami porządkowymi swój opór mogą przypłacić zaledwie grzywną. Na tej podstawie formułuje prawo, które chciałby, aby na zawsze łączono już z jego osobą. Brzmi ono:

Wartość rewolucjonisty jest odwrotnie proporcjonalna do wartości systemu, z którym walczy – im bardziej represyjny i okrutny system, tym bardziej mężny i ofiarny buntownik. Innymi słowy, im lepszy i łagodniejszy system, tym większy z buntownika arogant[286].

Jasno widać, za kogo Tyrmand uważa amerykańskich buntowników.

 ***

Leopolda Tyrmanda obrona Ameryki przed nią samą nie zatrzymała się na krytyce buntu, który miał – w jego rozumieniu – uderzać w najbardziej wartościowe zasady amerykańskiego systemu społeczno-politycznego. W swoich kolejnych esejach pt. „O rozprzężeniu moralnym i poprawności” pisarz zaatakował tzw. „permissiveness”, czyli rozluźnienie moralno-obyczajowe, które stało się udziałem Amerykanów pod koniec lat sześćdziesiątych.

Autor ostro krytykował prądy intelektualne, które upowszechniały nagość, rozwiązłość obyczajów i aprobatę dla brania środków odurzających. Idee, które w wyzbyciu się uczucia wstydu i porzuceniu intymności szukały spełnienia i uwolnienia. Wreszcie sztukę, która epatując rozpustą sprawi, że ludzi nic już nie będzie szokować.

Dla Tyrmanda punktem wyjścia do całej argumentacji jest myśl, że nie warto banalizować i rezygnować z jednej z najcenniejszych rzeczy, jaką los obdarzył ludzkość – rozróżnienia między intymnością i otwartością. To według niego jedna z podstaw naszej cywilizacji, która jest – poza innymi rzeczami – konwencją, w której ludzie godzą się nie ciążyć sobie nawzajem przesadnym człowieczeństwem. Człowiek otwarty nie musi być pozbawiony pewnej dozy prywatności, ani epatować swoją intymnością. Zdaniem Tyrmanda ta reguła została zachwiana przez twórców współczesnej mu ideologii, w myśl której tylko pełna akceptacja czyjejś intymności może ludzi wyzwolić z więżących kajdan pruderii. Stąd tak liczne happeningi czy formy artystyczne mające uodpornić człowieka na nagość, która miałaby być widocznym symbolem otwartości, uczciwości, braku niepotrzebnego i złego wstydu.

Dla Tyrmanda nagość w miejscu publicznym oraz w sztuce była nie do przyjęcia.

Jeśli każdemu wolno rozebrać się wszędzie, wówczas indywidualny akt zrzucania stroju traci swój intymny i ostateczny sens. Głosząc jego publiczny charakter, orędownicy indywidualnego wyzwolenia przez nagość obierają mu indywidualność i przesuwają do kategorii doświadczeń zbiorowych. To zaś byłoby zgubne dla tak wielu wartości, że konsekwencje wykroczyłyby poza wąski zakres zagadnień obyczajowych[287].

Od tej obyczajowości wszystko się jednak zaczyna. Tyrmand nie zabrania pokazywania gołego ciała z pozycji przeciwnika seksu, wręcz przeciwnie – jest on przeciwnikiem popularyzowania erotyzmu, ponieważ uważa, że to właśnie akt seksualny traci na tym najwięcej. Masowy dostęp zmienia miłość w rozrywkę, to zaś zabija piękno stosunków między dwojgiem ludzi.

Oddzielając seks od jego ściśle indywidualnych celów i wyznaczając mu quasi-społeczne zadania, społeczeństwo przyzwalające na rozluźnienie obyczajowe sprowadza seks do poziomu bezbarwnego, pospolitego, aczkolwiek z pewnością nienowego zestawu braków. Życie seksualne samo w sobie może być wspaniałym składnikiem życia, ale im bardziej je wypełnia, tym mniej znaczy. Zatem jeśli seks ma być „rozkoszną przygodą” czy „cudowną trawą życia” musi uniknąć dewaluacji i zasługuje na to, by stworzono mu specjalną psychiczno-moralną ochronę, która chroniłaby w nim to, co piękne. Nie chcąc się znaleźć w sytuacji, gdzie życie seksualne będzie równało się jedzeniu, musimy ocalić jego wyjątkowość. Odrzucając nagość w miejscach publicznych jako dowód postępu i emancypacji, czynimy tak, jakbyśmy sobie zastrzegali intymność nagiego ciała na wyjątkowe momenty życia. To kwintesencja prawa człowieka do czegoś więcej niż samej wegetacji.[288]

Seks dla Tyrmanda nie jest celem samym w sobie. Jest budulcem, który tworzy tkankę relacji między ludźmi.

Wzajemna zależność seksualna jest tylko formą, nie treścią, lecz ma jedyną w swoim rodzaju zdolność przeradzania się w złożoną uczuciowo treść. Sądząc po pozorach, podejście powierzchowne i niedbałe narusza formę. W rzeczywistości niszczy samo sedno tego, co łączy dwoje ludzi. [289]

Stąd – jego zdaniem – bierze się największy problem, którego zdają się nie dostrzegać zwolennicy „permissiveness”: bezpruderyjny i pozbawiony hipokryzji dostęp do seksu nie sprawił, że ludzie się bardziej kochają. Zdaniem Tyrmanda jest zupełnie odwrotnie – im bardziej nadużywa się miłości, tym silniej łaknie się jej i tym mniej potrafi odczuwać się ją i osiągać. Jest to prawdą zawsze, gdy utożsamiamy czy stawiamy na równi miłość i seks – pisze.[290]

Jak zasygnalizowałem wcześniej, Tyrmand w rozprzężeniu moralnym widział zagrożenie nie tylko dla obyczajowości i stosunków międzyludzkich. To było jedynie punktem wyjścia do dalszych refleksji. Pisarz twierdzi, że to zjawisko uderzy i zabije wszystko, co najbardziej wartościowe w kulturze.

Raj i naturalna kondycja człowieka to zapewne sytuacje czarowne, ale nie mające nic wspólnego z kulturą. Kultura zaczęła się od listka figowego[291]pisze i tłumaczy, że współcześni mu artyści, chcąc ten listek odrzucić – z pewnością nie dokonują postępu w kulturze. Jego zdaniem najwyższym celem sztuki jest traktowanie o niewidzialnym, ale nie w sensie odkrywania czegoś zasłoniętego, ale po to, by przeniknąć przez głębię i złożoność współistniejących form i szat[292]. Dlatego też:

Rozebrany „homo sapiens” nie stanowi pola do odkryć. Tylko nieskończona rozmaitość strojów może przydać mu cech niezgłębionej zagadki. Rozebrana kobieta może być piękna, ale na wpół ubrana jest intrygująca – zainteresowanie jest pojęciem z dziedziny kultury, podczas gdy piękno naznaczone jest naturalnością. Sztuka, od samych początków oswojona z nagim ciałem, widziała w nim przede wszystkim formę. Gdy artysta chciał się zanurzyć w istotę i znaczenie egzystencji, uciekał się do draperii i wkładał kapelusz na głowę modelki[293].

Tyrmand uważa, że pozbawiając stroju swoich bohaterów artysta nie może zrobić ani kroku dalej. Oni już nic nie mogą zakomunikować. Przywołuje głosy twórców, którzy rozbierając swoich aktorów tłumaczą to tym, że chcą osiągnąć punkt, w którym nagie ciało przestanie wywoływać w odbiorcach uczucie zażenowania, obnażony człowiek nie będzie wywoływać niezdrowych – ich zdaniem – emocji. Jeśli widzowie pozbędą się wszelkiego podniecenia i jakiejkolwiek wyjątkowości, wytworzy to w nich nową i bardziej wartościową świadomość, a nawet da wyraz wyższemu człowieczeństwu[294].

Tyrmand opisuje swoje wrażenia ze sztuki, w której para aktorów zrzuca na scenie ubrania, następnie wskakuje do lóżka i realistycznie naśladuje uprawianie miłości. Pisarz stwierdza, że widowni już to nie podnieca, nie szokuje, ale też i niczego nie wyzwala. I dodaje, że czuje jakąś stratę.

Żal mi mojej osłabionej wrażliwości (…) Niepokoję się, czym mnie będzie można jeszcze zaszokować. Wyzucie mnie z przywileju przeżywania szoku wywołuje niesmak. Obawiam się, że inni też tak myślą, ale symulują wesołość i dobrą zabawę sterroryzowani fałszywym nakazem bycia niekonwencjonalnym, oświeconym, wyzwolonym, oswobodzonym i wyemancypowanym. Wyzwolonym – tylko od czego?[295]

Autor eseju zauważa też, że znieczulenie, które starają się zaaplikować swoim odbiorcom artyści – nie tylko nie wyzwala, ale implikuje grozę, z której dał sobie sprawę, kartkując strony kwartalnika, poświęconego najbardziej zaawansowanym trendom w dziedzinie teatru, na których znalazł kilka zdjęć z happeningów z grupami nagich mężczyzn i kobiet. Według pisma były to najdonioślejsze osiągnięcia teatralne. A Tyrmanda ogarnęło przeczucie, że skądś już to zna – dziwnie przypomniały mu się nazistowskie kroniki filmowe i obrazy z Ery Pieców[296].

Ich [artystów – przyp. MM] poprzednikami byli esesmani dozorujący krematoria w Oświęcimiu. Oni też patrzyli obojętnym, zimnym i zdepersonalizowanym wzrokiem na tłumy nagich ciał, pozbawiając je ich zwykłego ludzkiego znaczenia. W wyeliminowaniu ludzkich odczuć osiągnęli artystyczny sukces jakieś dwadzieścia pięć lat temu i – jak sądzę – dzisiejsi amerykańscy i francuscy wyzwoleni artyści mogą poczuć się nieco w tyle[297].

Teza o fałszywych i groźnych w swoich dalekosiężnych skutkach zamiarach twórców nie jest jedynym zarzutem Tyrmanda. Równie niebezpieczne – jego zdaniem – jest odejście od tradycyjnych dla literatury walorów dydaktycznych, zarówno bezpośrednich jak i parabolicznych. Współczesna mu sztuka zajmuje się wyłącznie jałowym zgłębianiem ludzkiego ego, jego złej sławy, groteskowych deformacji i wypaczeń. Mają w tym swój poczesny udział krytycy liberalnej, amerykańskiej prasy, którzy wytworzyli sytuację, w której wierność wobec podstawowych norm etycznych, czy próba dokonania czegoś za pomocą wartości dla Tyrmanda nieprzemijalnych, jest przez nich karcona jako infantylizm, prostota, drugorzędna literatura, teatr lub film[298].

Odwieczna, chwalebna tradycja stawiania pytań moralnych – od zarania zarówno święty przywilej, jak i święty obowiązek literatury – została ostatnio zarzucona na rzecz udawanych prób rejestrowania aberracji, co współczesna krytyka uważa za chlubę literatury[299].

Tyrmand uważa, że brak klasycznych podstaw sprawia, że krytyka staje się jedynie erudycyjną grą, a taka postawa prowadzi donikąd – krytycy już zaplątali się w bezmiar własnych fałszerstw i sztucznego kreowania dzieł wątpliwej jakości. Pisarz złośliwie zauważa, że podejrzanie często sztuki, które krytycy okrzykują wybitnymi, popadają w zapomnienie ledwie kilka miesięcy później. Ta niewdzięczność widowni wywołuje w nich frustrację i rozjuszenie, więc dalej – według pisarza – przedstawiają nudę jako głębię, jałowość jako finezję, cyniczną zręczność jako bezkompromisową obiektywność[300].

Z tego magicznego kręgu nie ma wyjścia, bo najmniejsza próba obrony najprostszej ludzkiej przyzwoitości naraziłaby pozycję krytyków w przyzwalającym na wszystko społeczeństwie, które pomogli ukształtować. A to jest coś, na co krytycy najmniej mogą sobie pozwolić[301].

To nie jedyne oskarżenie Tyrmanda w stosunku do ludzi mediów. W innym miejscu swojego eseju opisuje on artykuł o tzw. „groupies”[302], który przeczytał w pewnym magazynie o ogólnokrajowym zasięgu i dużym oddziaływaniu społecznym[303]. Jedna z jego bohaterek, 33-letnia kobieta, opowiada, że uprawiała seks ze wszystkimi swoimi pierwszymi idolami i nie tylko. Ma z tego trójkę dzieciaków, każde z kim innym i nie do końca wiadomo, z kim. Ćpała, dwa razy była w więzieniu, leczyła się w klinikach odwykowych. Po czym magazyn pisze, że większość „groupies” miało więcej szczęścia, samo zaś zjawisko przyrównuje do poczynań kobiet, które „grawitowały” ku dziewiętnastowiecznym angielskim poetom romantycznym.

Tyrmand dziwi się, że takie rzeczy pisze magazyn, który przypisuje sobie umiarkowany liberalizm, rozwagę i ogromny wpływ na społeczeństwo. Uważa za manipulację użycia słowa „większość”, gdyż powinna się pojawić informacja, że tylko „kilka” kobiet miało więcej szczęścia. Ta manipulacja może – zdaniem pisarza – doprowadzić do tego, że wiele dziewcząt pójdzie tą samą drogą co bohaterka tekstu[304]. Tyrmand nazywa to … zdepersonalizowanym tupetem prasy amerykańskiej[305]. Swoje oskarżenie o sprzyjanie „permissiveness” rozszerza na wszechmocne amerykańskie środki przekazu, które ponoszą dużą odpowiedzialność za aktualny leseferyzm w obyczajach[306]. Kpi, że media jedynie interesują się paroma przypadkami samobójstw, które pięknie urozmaicają wiadomości, a uciekają od opisywania sedna problemów[307].

Jaką rolę w tej całej sytuacji widzi dla siebie sam autor? W eseju pisze, że wielu krzykliwych artystów utrzymuje, że konwencjonalizm równa się tchórzostwu. Tyrmand twierdzi, że w rzeczywistości jest inaczej – oportunizmem i konformizmem jest „permissiveness”, a alternatywą dla konwencjonalizmu jest płytki, nijaki, nudny chaos obojętności, tchórzostwo wobec decyzji wypływających z określonych i wykrywalnych wartości.[308]

Tyrmand wchodzi w swoją ulubioną rolę nonkonformisty, który chce wykazać, że ci, co myślą, że są nonkonformistami, tak naprawdę unurzani są w konformizmie. Mało tego, uważa, że dobro jest po jego stronie, trzeba je więc ogłosić, by nieść nawrócenie tym, którzy ulegają prawdom łatwym i szalenie niebezpiecznym. W artykule zastanawia się:

Ciekawe, że nasza epoka nie wydała żadnego Savonaroli[309] czy Knoxa[310]. I choć słowo grzech dla wielu nie istnieje, wciąż jest przeciwko czemu głosić kazania i starcza złowrogo wypaczonych prawd, by wzbudzić oburzenie pełne wyobraźni i talentu. Ale być może moralistów składnia do milczenia również panujące przekonanie o bezużyteczności jakichkolwiek wysiłków[311].

Autor nie mówi tego wprost, ale wydaje się, że sam chciałby pełnić rolę głosiciela trudnej i niepopularnej prawdy – Savonaroli XX wieku o niespotykanym talencie kaznodziejskim, zdolnym przemieniać zachowania tłumów. W nawiązaniu do dominikańskiego reformatora najprawdopodobniej nie ma przypadku – nawoływał on przecież do powrotu do tradycyjnej religijności w momencie, gdy mieszkańcy Florencji, która była wówczas uważana za największy ośrodek humanizmu, rozczytywali się starożytnych dziełach greckich i rzymskich, a zaniedbywali lekturę Biblii i pism doktorów kościoła. Tyrmand chciałby, aby Amerykanie wrócili do starych zasad, na których zbudowane było od początku ich społeczeństwo, a które oparte są na Piśmie Świętym, demokratycznej tradycji, przyzwoitości oraz indywidualnej inicjatywie. Tyrmand zbiorczo określa je terminem „poprawność”. Pisze:

W obecnych czasach postawa poprawna jest jedyną formą nonkonformizmu. Dzielnym jest ten, kto jest na tyle bohaterskim, by być człowiekiem prawym.[312]

Autor chce swoją twórczością wspomagać tych, którzy chcą być nonkonformistami w takim rozumieniu. Pragnie wskazywać zalety poprawności i konwencjonalizmu. Czuje się w obowiązku chronić część społeczeństwa, bazującą na zasadach, które zbudowały wyjątkowość Nowego Kontynentu – przed prądami, które niosą zgubę tej wyjątkowości. Jako motto dla swojej publicystyki wybiera fragment z książki-filaru światowej literatury rozpustnej: „La nuit et l’Instant” napisanej przez Crébillon-syna, francuskiego libertyńskiego pisarza czasów rokoka, którego otwartość – jak twierdzi –przyprawiłaby nowojorską awangardę o rumieniec:

„Być może nawet nie jesteśmy tego świadomi, ale mimo iż wszystko, co rozumiemy przez zasady i przyzwoitość, zostało w dzisiejszych czasach tak bardzo zdyskredytowane, wciąż tego potrzebujemy…”.[313]

 ***

Trzeba przyznać, że Tyrmand w tym okresie mógł mieć nadzieję na to, że odgrywanie roli amerykańskiego Savonaroli jest możliwe. Jego artykuły w „New Yorkerze” spotykały się z dużym odzewem. Autorowi gratulowano świeżości spojrzenia i konsekwencji w ujmowaniu problemów. Do redakcji napływały setki listów z prośbą o przesłanie kopii artykułów Tyrmanda. Zamówienia składały osoby prywatne, instytucje, ale przede wszystkim wyższe uczelnie. Profesorowie przeciwni lewicującym ruchom młodzieżowym chcieli zapoznać swoich studentów z tezami i argumentacją Tyrmanda. W latach 1966-1970 pisarz był zapraszany do wygłaszania wykładów na rozmaitych uniwersytetach. W roku 1968 wiele czasu poświęcał komentowaniu sytuacji w Polsce i Czechosłowacji. Słuchano go w auli uniwersytetu Yale, w Pensylwanii, New Mexico, Toronto w Kanadzie, jak i w Foreign Service Departamentu Stanu. Na przełomie 1968 i 1969 roku przez jeden trymestr prowadził zajęcia z historii literatury polskiej w Columbia University jako „visiting lecturer”.[314]

Pozycję Tyrmanda ugruntowało wydanie własnej książki pt. „Notebooks of Dilletante”[315] w cieszącym się sporym uznaniem wydawnictwie Macmillan Company. Złożyły się na nią wszystkie artykuły z „New Yorkera” plus kilka innych esejów z lat 1966-1970. Pozycja spotkała się z dobrym przyjęciem. Pisały o niej najważniejsze magazyny opiniotwórcze Ameryki, większość w pozytywnym tonie. Dostrzegano oryginalność spojrzenia, ciepło i uznanie z jakim Tyrmand pisze o Ameryce, ale też głębię spojrzenia na jej aktualne problemy.

Negatywne recenzje wystawiły książce pisma związane ze środowiskami lewicującymi. Z chłodną ironią ocenił je „The New York Times Book Review”[316]. Wyjątkowo zaś napastliwy artykuł napisał „Newsweek”. Jego autor szydził m. in. z niezręczności językowych Tyrmanda[317]: „Mój syn, prawie trzyletni, również ma trudności z formułowaniem wypowiedzi. Nie winimy go za to, ale też nie podajemy jego przemyśleń do publikacji i rozpowszechniania[318].

Prasa polska przedrukowała jedynie recenzję z „Newsweeka”.

O Tyrmandzie zrobiło się głośno. W dzień po wydaniu książki „New York Times” opublikował obszerny szkic poświęcony jego osobie pt. „Pole Meets Success in a New Language”[319]. Jego autor opisał pokrótce jego wcześniejsze powieści i sposób nawiązania współpracy z „New Yorkerem”. Przytacza też ciekawe wypowiedzi Tyrmanda odnośnie jego doświadczeń w pisaniu w języku angielskim:

„Chociaż jest to proces wyczerpujący i bolesny, daje mi przyjemność nie znaną komuś, kto nie ma takich problemów jak ja z językiem (…) Pisane po angielsku jest dla mnie jak gra w water polo – jedyną dyscyplinę, w której walczy się z dwoma elementami – przeciwnikiem i wodą”.[320]

Obok tekstów w „New Yorkerze”, Tyrmand opublikował kilka obszernych artykułów w pismach: „Reporter”, „Interplay”, „New York Times Magazine”. Dotyczyły one głównie problemów Europy Wschodniej i komunizmu. Był zapraszany na towarzyskie przyjęcia, coraz częściej przebywał w restauracji „Elaine’s” – miejscu spotkań nowojorskich artystów i intelektualistów. Odbierał telefony z prośbą o wypowiedzi w sprawach polityki czy sztuki, dostawał propozycje udziału w programach telewizyjnych, magazyn „Playboy” poprosił go o napisanie kawałka na temat, jak Europejczyk postrzega amerykańskie kobiety.

Kilka miesięcy po swoim artykule o Tyrmandzie, „New York Times” wykorzystał jego postać w swojej kampanii reklamowej. Na afiszach pokrywających ściany nowojorskiego metra i autobusów komunikacji miejskiej pojawiły się odpowiedzi czytelników na pytanie redakcji: „Który z tekstów przeczytanych w »New York Timesie« zaintrygował cię i pamiętasz go do dzisiaj?”. Jeden z plakatów głosił: „Sprzedawca z Nowego Jorku pamięta artykuł o polskim pisarzu mieszkającym w Harlemie i piszącym po angielsku”[321].

Reklama nie wymieniała nazwiska, nie było jednak wątpliwości, iż chodzi o Tyrmanda – piszą Katarzyna Kwiatkowska i Maciej Gawęcki, badacze jego amerykańskich dziejów. Jak wspomina żona pisarza, Mary Ellen, dumny i przejęty Leopold nie oparł się pokusie posiadania takiej pamiątki. Wkrótce jego gabinet zdobił zerwany ze ściany plakat. Nie było w tym cienia snobizmu. Plakat był czymś więcej niż zwykłą reklamą – potwierdzał zaistnienie Tyrmanda w Nowym Świecie.

Liberalna elita nie lubi antykomunistów – „New Yorker” kończy współpracę z Tyrmandem

W 1970 roku Tyrmand otrzymuje stypendium MacDowell Colony. Jest to prestiżowa organizacja, oferująca wybijającym się twórcom możliwość spokojnej, kilkumiesięcznej pracy w jednym ze swoich pięknie położonych ośrodków. Pisarz wykorzystuje swój pobyt w Peterborough w stanie New Hampshire do napisania – na zlecenie „New Yorkera” – obszernej rozprawy o komunizmie.

Całość jest pamfletem składającym się z krótkich esejów pogrupowanych w formie poradnika, który opisywał poszczególne fragmenty życia w komunizmie – od narodzin aż po śmierć. Tyrmand chciał w ciekawy sposób zaprezentować amerykańskiemu czytelnikowi całość mechanizmów, składających się na niszczycielską siłę działania systemu. We wstępie (do wydania książkowego) autor tłumaczy formę swojego dzieła:

Jest ona [książka – przyp. MM] pamfletem na komunizm, zamierzonym przejaskrawieniem istniejącej rzeczywistości. Uważam komunizm za najgorszą plagę jaka spotkała ludzkość i żywię głęboką nadzieję, że książka ta odzwierciedla moje uczucia w odpowiednim stopniu. Czy znaczy to, że pamflet wykrzywia prawdę? Ani trochę. Komunizm jest zjawiskiem, wobec którego obiektywizm, jako metoda wyjaśniająca, jest śmieszny w swej nieporadności. Uważam, że pamflet jest jedyną – przynajmniej na razie – metodą prawidłowego wyjaśniania komunizmu. Moim zdaniem, książka moja jest prawdziwsza od setek obiektywnych rozpraw i pewny jestem, że miliony ludzi zgodzą się ze mną[322].

Tyrmand podaje także inklinacje stojące u podstawy napisania tekstu oraz bazę, na podstawie której formułuje on swoje tezy.

Mój stosunek do komunizmu jest prostym wynikiem mojego życia w komunizmie. W ciągu ostatnich lat nauczyłem się nienawidzić komunizmu za zawarte w nim zło. A także bać się go ze względu na jego metafizyczną zdolność do zawierania w sobie coraz więcej i coraz więcej i coraz więcej zła[323].

Autor chciał swoją wiedzę i doświadczenia wyniesione z życia „tam” – po drugiej stronie żelaznej kurtyny, przedstawić Amerykanom, w jego przekonaniu nie rozumiejącym powagi zagrożenia totalitaryzmem.

Napisałem o tym jak się żyje w komunizmie już ustanowionym i sprawdzonym przez miliard ludzi. Wierzę, że tak się będzie żyło w każdym modelu polityczno-społecznym, o który walczy dziś totalitarna lewica[324].

Gotowy tekst miał się ukazać w „New Yorkerze” w dwóch częściach w roku 1971. Redakcja złożyła szpalty i autor spokojnie czekał na publikację. Wstrzymująca decyzja redaktora naczelnego Wiliama Shawna była dla Tyrmanda prawdziwym szokiem.

Pisarz nie miał wątpliwości co do jej ideologicznej podstawy, zwłaszcza że – jak twierdzi Mary Ellen Tyrmand – jej mężowi już wcześniej sugerowano rezygnację z radykalnej, antykomunistycznej postawy. Autorka książki „The Last Days of the New Yorker”[325] Gigi Mahon potwierdza, że lata 1970-71 to rzeczywiście czas lewicujących sympatii pisma. Neutralny i apolityczny dotychczas magazyn opowiedział się wyraźnie po stronie ruchów pacyfistycznych i kontrkulturowych[326].

William Podhoretz, wieloletni redaktor naczelny „Commentary” – wpływowego neokonserwatywnego miesięcznika opinii – tak opisuje rzeczywistość amerykańską tamtych czasów:

W drugiej połowie lat sześćdziesiątych w Ameryce panował, mówiąc z pewną przesadą, kulturalny terror lewicy. Kierunek ortodoksyjnie lewicowy królował w większości znaczących czasopism, gazet i w innych mediach, a każdy kto odchodził od tego kierunku zostawał ukarany – był atakowany, izolowany, wyszydzany. Tak więc był to bardzo trudny okres dla każdej osoby obracającej się w kręgach literackich, która nie miała poglądów lewicowych. Dotyczyło to zwłaszcza poglądów na system komunistyczny. Antykomunizm uważano za halucynację, paranoidalną fantazję (…) Jeśli więc pojawił się ktoś taki jak Tyrmand, o bardzo silnych poglądach antykomunistycznych, nie mógł raczej liczyć na ciepłe przyjęcie.[327]

Dlaczego w związku z tym Tyrmand mógł publikować artykuły w „New Yorkerze” i innych liberalnych pismach aż do początku lat siedemdziesiątych? Podhoretz komentuje to następująco:

Prawdopodobnie opublikowano je zanim ktoś zorientował się, jakie Tyrmand miał poglądy.  A kiedy dowiedzieli się, szybko z niego zrezygnowali[328].

Niedrukowanie opłaconych materiałów było w „New Yorkerze” na porządku dziennym. Według Geralda Jonasa, redakcyjnego kolegi Leopolda Tyrmanda, do ostatecznego zerwania doprowadziła narastająca rozbieżność między oczekiwaniami redakcji a stanowiskiem pisarza. Polityczna wymowa jego artykułów kolidowała z rolą neutralnego komentatora społecznego, w jakiej chciał go widzieć „New Yorker”. Mary Ellen Tyrmand wspomina, że mąż przekonywał redakcję pisma, że po to właśnie wyjechał z Polski, by móc pisać bez ograniczeń i w związku z tym nie zmieni swojego zdania. Mimo że umowa z „New Yorkerem” formalnie wygasała dopiero w połowie 1972 roku, w piśmie nie ukazał się już ani jeden jego artykuł.

Brak możliwości publikacji w „New Yorkerze” oznaczał dla Tyrmanda rezygnację z udziału w głównym nurcie kulturowym i utratę dużego audytorium.[329] Pisarz znalazł się w sytuacji trochę podobnej do tej, z jaką miał do czynienia w Polsce. Jego poglądy nie były akceptowane i z tego powodu trudno było znaleźć mu miejsce, w którym mógłby drukować swoje teksty. Tyrmand musiał czuć się jak w jakimś koszmarze. Antykomunizm okazał się przeszkodą dla rozwoju nie tylko w komunistycznej Polsce, ale również w demokratycznych i przez lata idealizowanych Stanach Zjednoczonych.

Znowu zepchnięty na margines poświęcił się twórczości literackiej, jednak bez powodzenia. Jego kolejne próby literackie były odrzucane przez wydawców, głównie względu na ciężki styl oraz mało interesującą formę[330].

Przez kilka kolejnych lat kolejne pisma, do których wysyłał swoje teksty konsekwentnie mu je odrzucały. Po długich wahaniach pisarz zdecydował się przesłać do „New Yorkera” dwa swoje opowiadania. Redakcja tygodnika je odrzuciła, kupiła za to napisany w 1974 roku esej „Sex as Noise”, ale i on nie doczekał się nigdy publikacji. Tyrmand starał się pracować jako tzw. „freelancer”, czyli autor nie związany z żadnym stałym miejscem pracy, ale w latach 1970-75 udało mu się w ten sposób opublikować ledwie kilka artykułów[331].

Przyczyną tego stanu rzeczy był wspomniany wcześniej antykomunizm, ale nie tylko. Norman Podhoretz tak tłumaczy niepowodzenia polskiego emigranta:

Tyrmand pisał bardzo bezpośrednio, brakowało mu umiaru, subtelności, dostrzegania niuansów, wszystko było jednym wielkim krzykiem. Nie posługiwał się angielskim zbyt sprawnie. Jako naczelnego „Commentary” zraziła mnie kombinacja dziwacznego stylu i napuszonej treści[332].

Dlatego właśnie – opowiada Podhoretz – mimo iż sam stawał się zagorzałym antykomunistą, nie mógł publikować tekstów Tyrmanda. Dodaje, że pisarz kategorycznie zabraniał redagowania swoich tekstów, a było to konieczne[333]. Potwierdza to Midge Deuter, dziennikarka „Harper’s Magazine[334]”.

Tyrmand złożył w redakcji tekst artykułu, który był, zresztą jak większość jego tekstów, bardzo interesujący, bardzo inteligentny i… napisany dziwacznym stylem. Chcieliśmy go opublikować, ale również zredagować. A on powiedział: „Nie ma mowy” i wycofał manuskrypt z redakcji[335].

Ciężko więc w tym wypadku stwierdzić, ile w tym wszystkim było winy opresyjnych i nie znoszących alternatywnych opinii mediów nurtu liberalnego, a ile samego Tyrmanda. To dość istotne pytanie, bo w końcu pisarzowi udało się napisać tekst, którym znowu ściągnął na siebie uwagę, i był to esej poświęcony właśnie amerykańskiej prasie.

Tyrmand konserwatystą. Własne pismo „Chronicles of Culture”

Na przełomie 1976/1977 roku w „American Scholar”[336] ukazuje się „The Media Shangri-La”[337]. Tyrmand stawia w eseju następującą tezę: media przestały służyć prawdzie – mimo iż stoją na straży wolności wypowiedzi, w istocie przekształciły się w instytucje o charakterze totalitarnym. Pisarz wytyka im manipulowanie informacjami, tendencyjną selekcję, przeprowadzaną pod pozorem redakcji materiału oraz fabrykowanie tzw. „faktoidów” (kreowanie na użytek prasy i telewizji wymyślonej rzeczywistości).[338] [339]

Mass media, jak każda inna  instytucja, skażone są pokrętnością. Nie służą one obiektywnej prawdzie, lecz prawdzie tworzonej na własny użytek (…) Dokonują tego z tak gigantyczną mocą, że zarówno próby weryfikacji wiadomości, jak i ich odrzucenia okazują się daremne.[340]

Tyrmand zarzucał mediom, że przesadnie eksponują sensacyjną stronę zdarzeń i zacierają wyrazistość ocen moralnych. Dodaje, że w polityce i sztuce straciły rolę konstruktywnego krytyka oraz świadomie wyeliminowały polemikę[341].

Mass media to kartel jednolitego, z góry określonego myślenia. Są tym większym zagrożeniem dla demokracji, że działając w jej imieniu, wyposażone są w akcesoria, demokratyczne tylko z nazwy, a nie z ducha[342].

Tak nakreślone tezy i oskarżenia zwróciły uwagę dra Johna A. Howarda, ówczesnego rektora Rockford College i dyrektora – dopiero co utworzonego – Rockford College Conservative Institute w stanie Illinois. Wychowany w domu o tradycjach konserwatywnych, za swój obowiązek uważał propagowanie tradycyjnych postaw moralnych w środowiskach akademickich. Do pracy w swoim instytucie poszukiwał osób o podobnych do swoich, choć niemodnych wówczas poglądach. Stąd – po przeczytaniu artykułu – za wszelką cenę zapragnął pozyskać do niego Tyrmanda. Po latach wspomina:

Wezwałem moją sekretarkę i powiedziałem: muszę spotkać się z tym człowiekiem, nawet jeśli żyje na drugim końcu świata, muszę się z nim zobaczyć! Proszę natychmiast telefonować do naczelnego „American Scholar”! Dowiedziałem się, że autor mieszka w Connecticut, zatelefonowałem i umówiliśmy się za tydzień w Nowym Jorku.

Spotkanie było bardzo owocne.

„Zapytał mnie wprost – opowiada w wywiadzie Tyrmand – czy nie byłbym zainteresowany pozycją »numer dwa« w jego instytucji”[343].

Polski pisarz postawił jeden warunek – będzie miał możliwość stworzenia własnego czasopisma literackiego. Chociaż Howard miał inną wizję działalności instytutu, zafascynowany osobowością swojego rozmówcy, zgodził się.

Tyrmandowie[344] przenieśli się do Rockford jesienią 1976 roku.

Nie była to decyzja łatwa. Tyrmand – autor z ambicjami wpływania na świadomość Amerykanów – zdawał sobie sprawę, że oddalając się od Nowego Jorku będzie miał na to znikomą szansę. Z drugiej strony, wobec kłopotów z publikacją w liberalnej prasie, perspektywa w pełni niezależnego prowadzenia pisma była jedynym rozsądnym wyjściem. Tylko tak mógłby w jakikolwiek sposób rozpowszechniać własne poglądy. Tyrmand wiedział też, że w niewielkim Rockford, ze swoim sporym i już uznanym dorobkiem literacko-dziennikarskim będzie postacią pierwszoplanową. Prowincjonalność miasteczka bardziej przerażała wychowaną na Wschodnim Wybrzeżu Mary Ellen, jego żonę. Tym, co przeważyło była wiara pisarza, iż w Rockford będzie w stanie utworzyć ośrodek opiniotwórczy alternatywny wobec Nowego Jorku, a przynajmniej będzie mógł spróbować to zrobić.

Pozostaje też inna kwestia: jak to się stało, że Tyrmand uchodzący w Polsce za liberała podjął pracę w tak jednoznacznie konserwatywnej organizacji? W wywiadzie udzielonym w 1985 roku tłumaczy to następująco:

„W Polsce uważałem się za liberała. To znaczy człowieka wierzącego w typ organizacji społecznej, która daje obywatelowi wolność i władzę nad własnym życiem dla osiągnięcia celów, które sam sobie postawił. jako liberał wierzyłem w parlamentaryzm, demokrację, pluralizm, wolność wypowiedzi, sumienia i przekonań. Jako liberał wierzyłem też, że społeczeństwa wzbogacają się ekonomicznie najwłaściwiej poprzez umożliwianie jednostkom rozwijania takiej działalności, jaką każdy człowiek uważa za sobie właściwą”[345].

Dlaczego zatem w Ameryce stał się tak potężnym krytykiem liberałów?

„Rzecz w tym, że postawa liberalna z Europy (…) schroniła się w Stanach Zjednoczonych w ideologię amerykańskiego konserwatyzmu”[346].

Tyrmand tłumaczy, że liberał z Nowego Kontynentu ma więcej wspólnego z europejskim socjalistą lub socjaldemokratą, choć z pewnym zastrzeżeniem.[347]

„Otóż z jednej strony amerykański liberał żyje i korzysta, a nawet aprobuje owoce kapitalizmu jako systemu społeczno-ekonomicznego, ale z drugiej strony robi wszystko aby ten system od środka zniszczyć. Na domiar złego wnosi on do polityki i kultury bardzo niebezpieczny ton: w miejsce równouprawnionych światopoglądów pragnie wprowadzić coś, co znamy aż za dobrze z Europy, totalitaryzm”.[348]

Pisarz tłumaczy, że liberałowie mają się za monopolistów słuszności i prawdy. Nie zamierzają z nikim dyskutować, nie uznają innych racji niż własne. Taka postawa – jego zdaniem – nie prowadzi do dyskusji, ani do parlamentaryzmu, ale do prostej eliminacji tych, którzy myślą inaczej. Do jedynowładztwa w dziedzinie kultury. Skłonności totalitarne przejawiają się też w inny sposób[349].

„Jednocześnie ten sam liberał amerykański ma ciepły i pozytywny stosunek do komunistycznych eksperymentów. A przecież, dla nas przynajmniej, lakmusem dla naszych czasów i naszych doświadczeń pozostaje stosunek do komunizmu, do tego co robi on z człowiekiem (…) Dlatego liberał stał się niejako moim naturalnym przeciwnikiem. Zaś skoro przeciwnikami liberałów w Stanach są konserwatyści, tym samym stali się moimi naturalnymi sojusznikami.”[350]

Taki właśnie – antyliberalny i konserwatywny – charakter miało „Chronicles of Culture” –  pismo, którego twórcą był Tyrmand. Był to tzw. „Little magazine”, czyli niewielkie, lecz wyszukane stylistycznie czasopismo dla specjalnych środowisk. Takie pisma są subsydiowane. „Chronicles” rozchodziło się wyłącznie w prenumeracie. Miało docierać do młodych ludzi, zainteresowanych kulturą, profesorów uniwersyteckich, wszędzie tam, gdzie istniała licząca opozycja konserwatywna. Było wydawane w około dwóch tysiącach nakładu[351].

Tyrmand tłumaczył, że tym, co różniło jego pismo od innych tego typu, był konserwatywny punkt widzenia na kulturę współczesną. Ponieważ niemal wszystkie inne wyspecjalizowane i cenne pisma kulturalne prezentowały wtedy spojrzenie liberalnej lewicy, „Chronicles” było jedynym – zdaniem Tyrmanda – pismem konserwatystów, które poświęcone było sprawom literatury, kultury i sztuki. Działalność wydawnicza prawicy do tej pory skupiała się jedynie na polach polityki i ekonomii. Tyrmanda propozycja działania na polu kultury była naprawdę nowa.

Pierwszy numer „Chronicles of Culture” ukazał się we wrześniu 1977 roku. Do 1983 roku pismo ukazywało się co dwa miesiące, później stało się miesięcznikiem. Tyrmand szczegółowo planował poszczególne numery i pisywał artykuły wstępne. Magazyn wypełniały recenzje książek, sztuk teatralnych, filmów, wystaw oraz przeglądy prasy i eseje na tematy obyczajowe.

Leopold Tyrmand znalazł się w sytuacji, której przez całe życie pragnął. Będąc naczelnym czasopisma, mógł pisać własną prawdę, nie skrępowaną ani cenzurą, ani ingerencjami redaktorskimi, ani szykanami jakiegokolwiek establishmentu.

Podsumowanie rozdziału

Ameryka bez wątpienia zachwyciła Tyrmanda. Wyjazd na stypendium zamienił się w stały pobyt w tym kraju. Pisarz-emigrant miał mnóstwo szczęścia: jego talent został szybko dostrzeżony i – jak na artystę tworzącego w nowym dla siebie języku –  błyskawicznie osiągnął sukces. Przez pierwsze kilka lat swojej obecności w Stanach Zjednoczonych zdobył pozycję, o jakiej z pewnością marzył przez całe życie. Mógł pisać, sprzeciwiać się, miał spore audytorium, a jako interesujący intelektualista był zapraszany na uniwersytety oraz do wielu mediów, gdzie mógł dzielić się tym, co miał do powiedzenia. Sformułował też dla swojej publicystyki jasną i klarowną misję – chciał bronić najcenniejszych zdobyczy Ameryki przed destrukcyjnymi siłami istniejącymi w jej łonie.

Odrzucenie przyszło niespodziewanie. Jego z pewnością wyidealizowane, teoretycznie demokratyczne i pluralistyczne amerykańskie media zamknęły przed nim – jako wojującym antykomunistą i krytykiem ideologii liberalnej lewicy – swoje łamy. Powtarzała się sytuacja ze stalinowskiej, a potem – po Odwilży –  przeżartej towarzyskimi układami, Polski.  Powtarzała się sytuacja z paryskiej „Kultury” – jego zdaniem – naiwnej i nie chcącej dostrzec smutnej komunistycznej rzeczywistości niszczącej najwznioślejszą ideę socjalizmu. Pisarz – który uciekł na Zachód po to, by wreszcie mógł pisać nieskrępowany cenzurą i towarzyskimi układami – z pewnością mógł czuć się rozgoryczony.

W jednym ze swoich esejów w „New Yorkerze” Tyrmand pisał, że jedną z rzeczy, która najbardziej urzekła go w amerykańskim społeczeństwie jest wiara, że niezależnie od wieku, wielkości nieszczęścia czy skali bankructwa, w każdej chwili można od nowa stanąć na nogi. Wydaje się, że pisarz był tej wiary nie tylko wyznawcą, ale i czynnym praktykiem. Ciągle próbował: gdy nie szło w publicystyce, brał się za literaturę, gdy nie szło w twórczości prozatorskiej, wracał do pisania dla prasy. W końcu mu się udało. Tym razem został dostrzeżony przez koła konserwatywne, w tym przez prezydenta Rockford Institute, który zachwycił się stanowczością jego poglądów i talentem. Tyrmand dostał możliwość realizowania wielkiego marzenia – własnego pisma kulturalnego.

Czytelnik, ciekawy tez publicystyki Tyrmanda na łamach „Chronicles of Culture”, może zdziwić się nagłym zakończeniem mojej pracy. Spieszę więc z wyjaśnieniem. Zatytułowałem ją „Walka o własne prawdy. Nadzieje i rozczarowania w publicystyce Leopolda Tyrmanda”. Publikacja własnego magazynu skończyła batalię pisarza o prawo do nieskrępowanego głoszenia własnych sądów. Sądów, które w wielu momentach zamykały mu drzwi kolejnych redakcji i wydawnictw.

Pisząc swoją pracę byłem ciekawy nie samej publicystyki pisarza, ale także tego, w jaki sposób kształtowała ona jego poglądy oraz – w szerszym znaczeniu – życie, a także jak życie oraz poglądy kształtowały jego publicystykę. Tyrmand od momentu zostania redaktorem naczelnym instytutowego magazynu staje się publicystą dojrzałym – odtąd skupia się na opisywaniu amerykańskiej rzeczywistości kulturowej patrząc na nią konserwatywnym okiem (głównie rozwija tezy rozpoczęte w esejach dla „New Yorkera”). Do końca życia piastuje też swoją pozycję w Rockford Institute. Stabilizacja życiowa i światopoglądowa sprawia, że od tego momentu jego twórczość nie jest już moim obiektem zainteresowania – przynajmniej w tej pracy.

Zakończenie

Robin U. Russin i William Missouri Downs – autorzy książki „Jak napisać scenariusz filmowy” zwanej przez niektórych „Biblią scenarzystów” twierdzą, że udana scena filmowa to taka, w której występuje konflikt. Najlepsze zaś są epizody zawierające konflikt, z którego nie ma kompromisowego wyjścia. To każe bohaterowi działać i w ten sposób pcha akcję filmu do przodu.

Jeśli spojrzeć na publicystyczne przeprawy Leopolda Tyrmanda i związane z nimi życiowe perypetie, z pewnością byłyby one dobrą podstawą dla filmowego scenariusza. Postawa pisarza od samego początku była konfliktowa, w dodatku nie zostawiała miejsca nawet na niewielkie ustępstwa. Tyrmand zawsze pragnął być niezależny, chciał, by jego twórczość pozostawała w ścisłej korelacji z jego poglądami i wyrażała jego prawdy.

Złudne nadzieje

Podtytuł mojej pracy mówi o nadziejach i rozczarowaniach. Specjalnie starałem się dobierać te utwory publicystyczne, które najlepiej pokazywały splatanie się w twórczości Tyrmanda tych dwóch uczuć.

Chciałem pokazać nadzieję, z jaką angażował w działalność w poszczególnych mediach w Polsce i na emigracji, a potem rozczarowanie jakie stawało się jego udziałem, gdy blokowano mu możliwość wygłaszania własnych poglądów.

Wpierw pod lupę wziąłem okres stalinowski. Tyrmand – choć mógł po wojnie pozostać na Zachodzie – wrócił do Polski, bo wierzył, że będzie mógł być twórczym przeciwnikiem komunizmu, że zawsze pozostanie w krajowych mediach enklawa dla ludzi takich jak on. Gdy reżymowi włodarze „dokręcali śrubę” i likwidowali lub opanowywali kolejne, względnie niezależne, tytuły prasowe, Tyrmand zmieniał redakcje na takie, gdzie mógł jeszcze pisać w zgodzie z własnym sumieniem. Wraz z zamknięciem w 1953 roku ostatniego bastionu relatywnej wolności – „Tygodnika Powszechnego” – został zepchnięty w niebyt. Nie zgadzając się na utratę niezależności miał zamknięty wstęp do ówczesnych redakcji i wydawnictw.

Swoją gorycz ukazał na kartach „Dziennika 1954”. Starałem się pokazać, że tym, co zawiodło go najbardziej nie był nawet charakter komunistycznych środków przekazu – co do niego nie miał większych złudzeń – ale to, jak prędko środowiska intelektualne poddały się i poszły na współpracę z reżymem. Tyrmand był przerażony, że ludzie ci widzą zło, nienawidzą zła, i ulegają złu.

To właśnie upadek inteligencji – uwidoczniony szczególnie po „październikowej odwilży” roku 1956 – stał się głównym tematem, wpierw jego twórczości literackiej, potem publicystycznej. Tyrmand – któremu lata Odwilży otworzyły drzwi do spektakularnego sukcesu, jakim było napisanie kultowej powieści „Zły” – po tym, jak władzę w kulturze opanowały na nowo elity z czasów stalinizmu, ponownie znalazł się na indeksie. Te doświadczenie spowodowało, że tym bardziej chciał sportretować i opisać zło, które zalęgło się w elicie kulturalnej narodu. Gdy zrozumiał, że długo jeszcze nie będzie mógł dokonać tego w Polsce – wyemigrował na Zachód.

Nawiązując współpracę z paryską „Kulturą” – najważniejszym emigracyjnym pismem – miał Tyrmand nadzieję, że to właśnie na jej łamach uda się wyrzucić z siebie całą prawdę o ciemnej naturze komunizmu oraz o tym, jak ten system zdegenerował krajowe elity. Pisarz chciał uświadomić pozorność zmian, jakie zaszły w Polsce po roku 1956. Jako człowiek z kraju uważał, że znacznie lepiej wie, jak naprawdę wyglądała śmietanka intelektualna ówczesnej Warszawy. Żądał – za pośrednictwem emigracyjnego pisma – aby rozliczyła się ona ze swoich grzechów z okresu stalinizmu. Wreszcie, chciał przywrócić cześć tym polskim twórcom, którzy pozostawali nieugięci i z tego powodu byli ciągle gnębieni i szykanowani. Jego ostre słowa trafiały jednak w próżnię – emigracyjne środowisko nie wierzyło Tyrmandowi, poddawało w wątpliwość jego tezy, częstokroć kpiło z ich autora, nie traktując go do końca poważnie.

Kolejnym ciosem jest moment, gdy Tyrmand uświadamia sobie, jak bardzo środowisko „Kultury” oderwane jest od polskiej rzeczywistości, i jak małe w związku z tym ma pojęcie o prawdziwej naturze komunizmu. Ostra polemika z Juliuszem Mieroszewskim, który wytykał mu, że przez wąskość swoich horyzontów nie potrafi dostrzec wielkości idei socjalistycznej, staje się początkiem końca współpracy pisarza z pismem.

Tyrmand twierdzi, że nie można mówić o ideach w oderwaniu od tego, jak działają one w rzeczywistości. Środowiskom, które nie potrafią tego zrozumieć wypowiada otwartą wojnę. Przy tym wszystkim zapomina, że to one dzierżą stery władzy w „Kulturze”. Jerzy Giedroyć wstrzymuje publikację kolejnych – atakujących linię miesięcznika – artykułów.

Rozgoryczony brakiem możliwości polemiki Tyrmand prosi o wykreślenie go ze stopki pisma. Esej „Nowa góra społeczna i jej dolce vita”, będący usystematyzowanym podsumowaniem tego, co pisarz miał do powiedzenia na temat warszawskich elit, jest zamknięciem tego etapu jego twórczości.

W tym czasie Tyrmand już pisał dla „New Yorkera”. Był czytany przez znaczne audytorium. Jego publicystyka stawała się coraz odważniejsza: chciał bronić zdrową – w jego przekonaniu – część Ameryki przed destrukcyjnymi prądami intelektualnymi, buntem studentów, rozprzężeniem moralnym w sztuce i obyczajach. Miał nadzieję wpływać na opinię publiczną, być alternatywą dla dominującego liberalnego nurtu. Tyrmand chciał pisać o komunizmie, jaki znał z Polski oraz – jako człowiek w tych sprawach doświadczony – przestrzegać przed totalitarnymi metodami działania i retoryką Nowej Lewicy. Dostrzegał przechył większości mediów w stronę lewicowego liberalizmu, ale miał nadzieję, że w demokratycznej i pluralistycznej prasie amerykańskiej znajdzie się miejsce dla każdej opinii, także jego.

Przeliczył się. „New Yorker” zaprzestał współpracy z pisarzem. Przez wiele lat większość tytułów nie chciała drukować autora o tak wyraziście antykomunistycznych poglądach. Wykluczony z udziału w głównym nurcie amerykańskiej publicystyki Tyrmand znowu mógł czuć się rozgoryczony. Media amerykańskie, mimo że niezależne od państwa, zaczęły mu się jawić jako totalitarne instytucje o ogromnej sile rażenia. Bazując na własnym doświadczeniu pisał, że deklarowana przez nie gościnność dla każdej opinii to mrzonka. Tak naprawdę realizują one własną, ideologiczną politykę.

Dopiero możliwość prowadzenia własnego pisma dała Tyrmandowi szansę, o jakiej zawsze marzył. Sam sobie będąc panem, mógł pisać dokładnie to, co chciał.

Komponując swoją pracę, chciałem pokazać, że historia Tyrmanda układa się w następujący schemat. Tyrmand z wielką nadzieją i publicystycznymi planami wchodził w pewną rzeczywistość medialną. Następnie, gdy okazywało się, że nie daje mu ona pełnej niezależności, wchodził w konflikt z własnymi przełożonymi. To z kolei sprawiało, że albo sam rezygnował z pisania na łamach danych tytułów, albo – po prostu dziękowano mu za współpracę.

Choć rozgoryczony, Tyrmand nie poddawał się i dalej szukał dla siebie możliwości na swobodne wyrażanie własnych poglądów. Znów więc rzucał się w nową rzeczywistość medialną: taką, która – w jego przekonaniu – owe wyrażanie mu umożliwi. Na skutek różnych, często niezależnych od Tyrmanda uwarunkowań, historia się powtarzała. Chwile nadziei przeplatały się z okresami rozgoryczenia.

Z napisanego przeze mnie podsumowania pracy można obliczyć, że ów schemat powtórzył się dokładnie trzy razy.

***

Powstaje pytanie: czemu tak się działo? Mam kilka, wzajemnie uzupełniających się, teorii:

Tyrmand był nonkonformistą[352], co zresztą nieustannie w swojej twórczości podkreślał. Wiązało się to z tym, że swoją publicystykę tworzył w opozycji do dominującego nurtu. Ponieważ dominujący nurt był owocem polityki redakcyjnej najważniejszych mediów, przeto trudno się dziwić, że mogło w nich brakować dla Tyrmanda miejsca. Nadzieje pisarza były związane z wiarą, że jeśli nie w komunistycznej Polsce, to w pismach emigracji, albo – co wydawało mu się już całkowicie oczywiste – w demokratycznej Ameryce, istnieją w pełni pluralistyczne tytuły, w których znajdzie się miejsce dla każdej – nawet idącej wbrew linii pisma – opinii. Jak widać, było to wiara bazująca na pewnym idealistycznym założeniu.

Był indywidualistą, co zresztą łączy się z tym, co napisałem o jego nonkonformizmie. Stefan Kisielewski wspomina, że choć Tyrmand radził się go w wielu sprawach, to nigdy nie prosił go o bieżące recenzowanie jego twórczości. ­„Sam Tyrmand nie przyjmował żadnych rad. Uważał, że wie jak pisać i musi odnieść sukces[353] – opowiada.

Indywidualizm łączył Tyrmand z niechęcią do czyichkolwiek bezpośrednich ingerencji w swoje dzieło. Pisał o tym w „Dzienniku”, powtarzał wielokrotnie w późniejszej publicystyce. W Ameryce lęk przed jakimkolwiek wpływem na swoją twórczość rozszerzył do tego stopnia, że zabraniał redagowania swoich tekstów. To oczywiście było źródłem wielu konfliktów z redakcjami.

Był w opozycji do kulturalnego establishmentu i twierdził, że ma on negatywny wpływ na sztukę. Uważał, że o ile cenzura, czy redaktorzy byli tymi siłami, które ingerowały w twórczość bezpośrednio, to właśnie elity literackie były czynnikiem ingerującym pośrednio.

We fragmencie „Amerykańskiego dziennika” pisarz opowiada o serii spotkań, jaką odbył z profesorami Instytutu Anglistyki uniwersytetu w Berkeley. Narzekali oni na brak skupisk środowiska literackiego w Ameryce, brak literackich kawiarń. Odczuwali niedosyt dyskusji i kontaktów z ludźmi pióra, ponieważ – ich zdaniem – życie literackie pobudza i inspiruje twórczo. Tyrmand kontruje: Amerykańscy pisarze powinni być szczęśliwi i regularnie dziękować Bogu, że są tak rozproszeni. Gdzie jest wystarczająco dużo przestrzeni, a pisarze nie mają ze sobą wiele wspólnego (czy nigdy się nie spotykają), tam zwykle wyrasta i kwitnie wielka literatura, jak w poprzednim stuleciu w Rosji. W Warszawie mamy kawiarnie literackie, ale ani Faulkner, ani Dostojewski tam się nie urodzili[354].

Tyrmand krytykuje metody lansowania i reklamowania twórców, zarówno w organach prasowych komunistycznej Polski, jak i w liberalnych mediach USA. Uważa, że „znajomości” i „wspólne interesy” zawsze prowadzą do promowania nijakości w imię źle pojętego solidaryzmu. Nie dają możliwości przebicia się tym niezależnym i – w rozumieniu publicysty – przez to lepszym. Już w „Dzienniku 1954” podkreśla, że prawdziwa i wartościowa twórczość (ale również i krytyka) bierze się z niezależności intelektualnej, nie skażonej obowiązującą modą lub dominującą filozofią. W skupionych środowiskach zachowanie tej niezależności jest niezwykle trudne.

Kulturalny establishment miał jednak tę przewagę, że to on najczęściej decydował o losie tekstów pisarza. Atakując go zaciekle, Tyrmand powinien był się liczyć z tym, że będzie on się starał zmarginalizować jego twórczość a jego samego – jako autora – zepchnąć na margines. A się nie liczył, co miało właśnie określone skutki.

Tyrmand był moralistą. Zwróćmy uwagę, że jego publicystyczne dokonania rzadko ogniskują się wokół czystej polityki, efektywności rozwiązań, pragmatyki rządzenia, czy – w odniesieniu do kultury – kategorii piękna lub siły ekspresji. Większość rozważań skupia się na rozeznaniu między dobrem a złem. Tyrmand filtrował zachowania, koncepcje, idee i sztukę przez pryzmat tych kategorii. Nie znosił relatywizmu, uważał, że białe jest białe, a czarne jest czarne. Zarazem nie dopuszczał, że w diagnozie może się mylić. Jego analizy, sądy i postępowanie były dobre, a jego przeciwników – złe.

Te poglądy łączyły się ze specyficznym spojrzeniem pisarza na rolę kultury i mediów – miały one służyć dobru, przestawiać godne naśladowania wzorce oraz jednoznacznie piętnować zło.

W tak rozumianej publicystyce brakowało miejsca na niuanse, zróżnicowanie. Wiele tekstów pisarza było tym, co Norman Podhoretz nazywał „krzykiem”, a Jerzy Giedroyć „przesadnym przyciskaniem pedału”. Tyrmand przybierał pozę nieomylnego kaznodziei. To drażniło i – prawdopodobnie wbrew temu, co myślał sam pisarz – nie przyczyniało się do podniesienia wiarygodności jego publicystyki. Redakcje traktowały go jako „oszołoma” i nie chciały publikować mu tekstów.

Tyrmand był antykomunistą. Już tuż po wojnie nie miał on złudzeń, co do degenerującej człowieka natury tego systemu. A były to czasy, gdy wielu się jeszcze łudziło lub przynajmniej akceptowało istniejący stan rzeczy w nadziei, że kiedyś będzie lepiej. Tyrmand nigdy nie zaakceptował tego systemu – ani jako panującej rzeczywistości, ani jako idei. Uważał go za najgorszą plagę, jaka spotkała ludzkość (w „Cywilizacji komunizmu” pisze, że gorszą nawet od nazizmu). Traktował jako wirusa, który jak żaden inny potrafi multiplikować zło, rozszerzać go na najrozmaitsze dziedziny życia, a także przenikać z nim do wnętrza człowieka.

Tak jak w Polsce bycie antykomunistą oznaczało świadome wyrzucenie siebie na margines, tak Tyrmand miał prawo mieć nadzieję, że za granicą jego słowa – jako człowieka, który bez mała dwadzieścia lat żył w komunizmie i mógł go obserwować od środka – będą słuchane uważnie i z dużą aprobatą. W kręgach paryskiej „Kultury” natknął się jednak na silny odpór lewicowców, którzy ściśle oddzielali socjalistyczną ideę od socjalistycznej rzeczywistości. Tyrmand chciał dyskusji o tym, jak owa idea działa w rzeczywistości. W zakończeniu „Cywilizacji komunizmu” pisze: Zawsze bawiły mnie dywagacje komunistów spoza komunizmu i ich sympatyków na temat, jak oni zrobią komunizm lepiej. Moim zdaniem są to romantyczne mrzonki i komunizm wszędzie będzie taki sam…[355] Te przekonanie skonfliktowało go z najsilniejszym polskim środowiskiem emigracyjnym.

Również w Ameryce antykomunizm stał się dla Tyrmanda problemem. Wydaje się jednak, że w tym aspekcie miał on jednak bardzo wiele słuszności, a jego wykluczenie było raczej efektem nieszczęśliwego zrządzenia losu niż jego niewielkich umiejętności pójścia na kompromis. Potwierdzają to słowa Geralda Jonasa, znajomego pisarza z redakcji „New Yorkera”, który sądził, że Tyrmand stał się ofiarą własnej świadomości: przyniósł wiedzę o bloku wschodnim o kilka lat za wcześnie, gdy Ameryka nie była jeszcze gotowa na jej przyjęcie[356]. Poza tym USA miały wtedy sporo własnych problemów i rozwiązania komunistyczne jawiły się przygniatającej części inteligencji oraz młodzieży jako lepsze niż demokratyczne, a przynajmniej warte rozważenia i dyskusji. Krzyk Tyrmanda – doświadczonego przez życie w tym systemie – że to nieprawda, wydawał się przesadzony i mało wiarygodny. Stąd niechęć do publikacji jego antykomunistycznych tekstów.

Paradoksalnie, pierwszeństwo w rozeznaniu natury komunizmu i determinacja w opisywaniu zła systemu, które tyle sprawiły mu kłopotów w życiu, stanowią o obecnej wartości jego publicystyki – w Polsce renesans twórczości pisarza przypadł szczególnie na pierwszą połowę lat 90-tych, w Ameryce antykomunistyczne tezy jego publicystyki, stały się doceniane i aktualne już za prezydentury republikanina Ronalda Reagana, czyli w latach 80-tych. Są głosy, że tezy Tyrmanda były inspiracją dla ruchu neokonserwatywnego, który do dziś przeżywa swój rozkwit w Stanach Zjednoczonych[357].

Epilog

Epilog –  dla ciekawych dalszych losów Leopolda Tyrmanda. Analizę jego publicystyki zakończyłem na roku 1976, w którym pisarz wraz z żoną przeniósł się do Rockford w stanie Illinois, został wicedyrektorem konserwatywnego Rockford Institute i redaktorem naczelnym magazynu kulturalnego pt. „Chronicles of Culture”.

Choć jego magazyn nie osiągnął pozycji, o jakiej marzył, to dla części osób został przewodnikiem po amerykańskiej kulturze. Także pozycja Tyrmanda jako autora była zadowalająca – Krzysztof Teodor Toeplitz, znajomy pisarza, wspomina, że spotykał w Stanach Zjednoczonych ludzi, którzy mówili, że kupują to pismo właśnie dla Tyrmanda. „Brzmiało to tak, jakby ktoś z Warszawy mówił, że kupuje »Głos Włocławka«, bo jest tam facet, który konsekwentnie i agresywnie lansuje swój punkt widzenia. A on dorobił się w USA swojej klienteli, intelektualnie wyszukanej i chłonnej na to, co pisał[358] – mówi.

W 1981 roku Mary Ellen i Leopoldowi urodziły się bliźniaki. To zupełnie zmieniło styl życia Tyrmanda, który odsunął na dalszy plan wszystkie zajęcia. Pomagał żonie jak tylko mógł, wstawał rano, zabierał dzieci na spacer, robił zakupy. Spędzał z bliźniętami mnóstwo czasu i opowiadał o nich przy każdej okazji. Jego znajomi wspominają, że zachowywał się tak, jakby tylko on na świecie był ojcem[359].

W 1983 roku pisarz zaangażował się w realizację własnego projektu – nagrody literackiej. „Ingersoll prizes in Literature and the Humanities”[360] były wręczane: … w celu nagradzania wybitnych pisarzy, którzy w panującym klimacie kulturalnym nie zyskali przychylności oraz aby zwrócić uwagę czytelników na dzieła zasługujące na szerszy odbiór (…) Za główne kryterium przyznawania tych wyróżnień przyjęto umiejętność twórczego ukazywania niezmiennych wartości – prawdy, wiary, uczciwości, rozsądku, tradycji – połączone z doskonałością artystyczną i intelektualną. Fundatorzy nagrody pisali: Chcielibyśmy wzmocnić te procesy twórcze, które potwierdzają zachodnią koncepcję wolności, z jakiej powstała amerykańska cywilizacja – nasze wspólne dobro.

Pierwszymi laureatami nagród zostali Jorge Louis Borges[361] i James Burnham[362]. Choć w późniejszych latach nagrody przyjęli inni znani pisarze: Eugene Ionesco, Octavo Paz, Mario Vargas Llosa, „Ingersoll Prezes” nie zostały liczącymi się wyróżnieniami literackimi[363].

Intensywne życie zawodowe oraz domowe zaciążyło na zdrowiu pisarza. Postanowił się odprężyć i oderwać od problemów w pracy. W 1985 roku wraz z całą rodziną wyjechał na Florydę, na pierwsze od dawna wakacje. Jego przyjaciel udostępnił im swój apartament w Fort Myers. Pogodny nastrój został gwałtownie przerwany. 19 marca Tyrmand nagle zasłabł. Był to atak serca. Zawał okazał się śmiertelny.[364]

Kazimierz Koźniewski, polski przyjaciel Tyrmanda z czasów pracy w „Przekroju”, o śmierci pisarza dowiedział się następująco: „Osłupiałem – opowiada – Na froncie stołecznego kościoła Zbawiciela ujrzałem nekrolog informujący o mszy za duszę zmarłego Leopolda Tyrmanda. Nekrolog głosił chwałę: »pisarz polski, wielki autorytet moralny, działacz konserwatywno liberalny«. Myślę, że on uśmiałby się, gdyby przeczytał to: »autorytet moralny«[365] – mówi Koźniewski.

A ja myślę, że Leopold Tyrmand akurat z tego by się nie śmiał.

Bibliografia

Książki i artykuły Leopolda Tyrmanda

  1. Tyrmand, Dziennik 1954, Res Publica, Warszawa 1989
  2. Tyrmand, Porachunki osobiste, Wydawnictwo LTW, Warszawa 2002
  3. Tyrmand, Zapiski dyletanta, Wydawnictwo ROK Corporation S.A. i Oficyna Wydawnicza „Most”, Warszawa 1991 (tłum. M. Wolanin)
  4. Tyrmand, Cywilizacja komunizmu, Polska Fundacja Kulturalna, Londyn 1992
  5. Tyrmand, O! Quae mutatio rerum, Tygodnik Powszechny 1958 nr 4
  6. Tyrmand, The Media Shangri-La, American Scholar 1976/77, s. 754 w: K. Kwiatkowska, M. Gawęcki, Tyrmand…, s. 45 (tłumaczenie: K. Kwiatkowska, M. Gawęcki)
  7. Tyrmand, Zły, Czytelnik, Warszawa 1993
  8. Tyrmand, Życie Towarzyskie i uczuciowe, Czytelnik, Warszawa 1990
  9. Tyrmand, Hotel Ansgar i inne opowiadania, Wydawnictwo LTW, Warszawa 2001
 

Książki i artykuły o Tyrmandzie i jego twórczości

  1. Kwiatkowska, M. Gawęcki, Tyrmand i Ameryka, Wydawnictwo Bursztyn, Tczew 1998
  2. Urbanek, Zły Tyrmand, Słowo, Warszawa 1992
  3. Iwasiów, Opowieść i milczenie. O prozie Leopolda Tyrmanda, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Szczecińskiego, Szczecin 2000
  4. Kisielewski, Abecadło Kisiela, Oficyna Wydawnicza, Warszawa 1990
  5. Zieliński, Tyrmand 1954 w: L. Tyrmand, Dziennik…
  6. Dasko, Drogi i bezdroża Leopolda Tyrmanda w: L. Tyrmand, Porachunki…, s. 5-16
  7. Wierzewski, Nie pozostało mi nic innego jak zostać pisarzem, Literatura 1989 nr 11/12
 

Artykuły prasowe i inne

  1. Shenker, Pole Meets Success in a New Language, The New York Times 7.04.1970 w K. Kwiatkowska, M. Gawęcki, Tyrmand…, s. 29 (przekład autorów)
  2. Stenogram dyskusji na temat artykułu Leopolda Tyrmanda pt. „Porachunki osobiste”, Kultura 1957 nr 3/233 za: L. Tyrmand, Porachunki…, s. 208-209
  3. Mieroszewski, Uwagi na marginesie lektury, Kultura 1968 nr 11/254 za: L. Tyrmand, Porachunki…, s. 221-222
  4. Matuszewski: W sprawie Leopolda Tyrmanda, Życie Warszawy 7 IV 1993
  5. Rafał Habielski: Tygodnik Powszechny, Press nr 7 Lipiec 2003
  6. Robin U. Russin, William Missouri Downs, Jak napisać scenariusz filmowy, Wydawnictwo Wojciech Marzec, Warszawa 2005
  7. Czubiński, W. Olszewski, Historia Powszechna 1939-1994, Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań 1996
  8. Czubiński, Historia Polski XX Wieku, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2003
  9. Radziwiłł, W. Roszkowski, Historia 1939-1956, Wydawnictwo Szkolne PWN, Warszawa 2002
  10. Radziwiłł, W. Roszkowski, Historia 1956-1997, Wydawnictwo Szkolne PWN, Warszawa 2001
  11. Kuroń, J. Żakowski, PRL dla początkujących, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1998
  12. Kochan, Pojedynek na słowa. Techniki erystyczne w publicznych sporach, Znak, Kraków 2005
  13. K. Wojtaszczyk, Wiedza o społeczeństwie, WSiP, Warszawa 1995
  14. Konwicki, Zorze wieczorne, Alfa, Warszawa 1991
  15. Bugajski, Swing i mit, Newsweek 24/2007
  16. Łobodziński, Jazz był rock’n’rollem, Newsweek 17/2007
  17. Bugajski, Picie polityczne i artystyczne, Newsweek 32/2006
  18. Osęka, Wódka po polsku, Newsweek 5/2002
  19. Osęka, Bitwa z inicjatywą, Newsweek 19/2002
  20. Osęka, Kantata na parę blue jeans, Newsweek 50/2002
  21. Bratkowski, Duch dżungli, Newsweek 24/2005
  22. Bratkowski, A. Więcka, Grać w stolicę, Newsweek 11/2002
 

Internet

  1. Słownik Wyrazów Obcych Władysława Kopalińskiego, http://www.slownik-online.pl/
  2. Kujawsko-Pomorska Biblioteka Cyfrowa (archiwum londyńskich „Wiadomości”), http://kpbc.umk.pl/dlibra
  3. pl – Encyklopedia, http://encyklopedia.interia.pl/
  4. Encyklopedia PWN, http://encyklopedia.pwn.pl
  5. W. Kajtoch, Kiedy dwóch mówi to samo….(Jan Kott i Kazimierz Wyka), http://wkajt.republika.pl/kiedy.htm

Przypisy

[1] Cyt. W. Wierzewski: Nie pozostało mi nic innego jak zostać pisarzem, Literatura 1989 nr 11/12

[2] Ostatnie lata wojny spędził Tyrmand w Norwegii przetrzymywany w obozie koncentracyjnym w Grinii. Jego wcześniejsze wojenne losy wyglądały – w skrócie – następująco. Po rozpoczęciu II Wojny Światowej znalazł się w Wilnie zajętym wpierw przez Sowietów, potem Litwinów i znowu przez Rosjan. Tam za konspirację zostaje skazany na karę więzienia, którą odbywa na Łukiszkach. Wkrótce potem do Wilna wkraczają Niemcy, Tyrmand wychodzi na wolność i decyduje się pojechać na roboty przymusowe w głąb Rzeszy. Gdy czuje, że szala zwycięstwa przechyla się na stronę Aliantów próbuje ucieczki statkiem do Szwecji, co mu się nie udaje. Ląduje i zostaje osadzony w obozie koncentracyjnym w Norwegii.

[3] Por. H. Dasko, Drogi i bezdroża Leopolda Tyrmanda w L. Tyrmand, Porachunki osobiste, Warszawa 2002, tu s. 5

[4] Por. Mariusz Urbanek, Zły Tyrmand, Warszawa 1992, s. 41; Por. L. Tyrmand, Dziennik 1954, Warszawa 1989, s. 372

[5] Jerzy Borejsza – założyciel i prezes Spółdzielni Wydawniczo-Oświatowej „Czytelnik”, do której należała także API

[6] Zob. L. Tyrmand, Dziennik 1954, Warszawa 1989, s. 372,

[7] Cyt. Stefan Kisielewski, Abecadło Kisiela, Warszawa 1990, s. 114

[8] Zob. Mariusz Urbanek, Zły…, s. 41

[9] Por. H. Dasko, Drogi…, s. 6

[10] Cyt. Mariusz Urbanek, Zły…, s. 48

[11] Cyt. tamże, s. 81

[12] Cyt. tamże, s. 60

[13] Cyt. tamże, s. 55

[14] YMCA – Young Men’s Christian Association – Związek Chrześcijanskiej Młodzieży Męskiej, w tym konkretnym przypadku chodzi o budynek należący do organizacji mieszczący się przy ul. Konopnickiej w Warszawie

[15] Cyt. Mariusz Urbanek, Zły…, s. 43

[16] Cyt. tamże, s. 131

[17] Cyt. tamże, s. 126

[18] Por.  Tamże, s. 48-49

[19] Por. tamże, s. 68

[20] Cyt. tamże, s. 16-17

[21] Por. tamże, s. 16-17

[22] Cyt. tamże, s. 97

[23] Cyt. L. Tyrmand, Dziennik…, s. 349-350

[24] Cyt. tamże, s. 97-98

[25] Cyt. Wojciech Wierzewski: Nie pozostało…

[26] Rafał Habielski: Tygodnik Powszechny, Press nr 7 Lipiec 2003

[27] Cyt. L. Tyrmand, Dziennik…, s. 72

[28] Cyt. tamże, s. 80

[29] Cyt. tamże, s. 78

[30] Por. Rafał Habielski: Tygodnik Powszechny…; Por. I. Iwasiów, Opowieść i milczenie. O prozie Leopolda Tyrmanda, s. 35, Por. L. Tyrmand, Dziennik…, s. 79

[31] L. Tyrmand, Dziennik…, s. 231

[32] Cyt. tamże, s. 99

[33] Cyt. tamże

[34] Cyt. Stefan Kisielewski, Abecadło…, s. 114

[35] To po wydaniu tej pozycji Stefan Kisielewski miał powiedzieć Tyrmandowi, że będąc w USA zapomniał on polskiego. – Jak to? – zapytał Tyrmand. – Napisałeś Cywilizację komunizmu – odpowiedział Kisielewski. – W języku polskim te dwa słowa się wykluczają. (za: M. Urbanek, Zły…, s. 233)

[36] Cyt. L. Tyrmand, Cywilizacja komunizmu, Londyn 1992, s. 276

[37] Zob. tamże, s. 276-277

[38] Cyt. tamże, s. 277

[39] Zob. tamże

[40] Zob. tamże

[41] Zob. tamże, s. 97

[42] Cyt. L. Tyrmand, Dziennik…, s. 188

[43] Cyt. tamże, s. 44

[44] Cyt. tamże, s. 271

[45] Cyt. tamże, s. 355

[46] Cyt. tamże, s. 117

[47] Cyt. tamże, s. 249

[48] Cyt. tamże, s. 21

[49] Cyt. tamże, s. 149

[50] Cyt. tamże, s. 177

[51] Zob. L. Tyrmand, Cywilizacja…, s. 279

[52] Cyt. tamże

[53] Zob. tamże, s. 279-280

[54] Cyt. L. Tyrmand, Dziennik…, s. 175

[55] Cyt. tamże, s. 63

[56] Cyt. tamże, s. 190

[57] Por. tamże, s. 72-80

[58] Cyt. tamże, s. 189

[59] Związek Młodzieży Polskiej (ZMP) – organizacja młodzieżowa powołana w 1948 roku., ideowo, politycznie i organizacyjnie podporządkowana PPR, następnie PZPR. Powołana do realizowania polityki partii komunistycznej wobec młodzieży.

[60]  „Sztandar Młodych” to dziennik dla młodzieży, wydawany od 1950 roku. Był organem ZMP.

[61] Zob. L. Tyrmand, Dziennik…, s. 84

[62] Cyt. tamże

[63] Por. tamże, s. 84-85

[64] Cyt. tamże, s. 189-190

[65] Zob. L. Tyrmand, Porachunki…, s. 41

[66] Cyt. L. Tyrmand, Dziennik…, s. 115

[67] Cyt. tamże, s. 242

[68] Cyt. tamże, s. 242

[69] Por. tamże

[70] Cyt Tamże, s. 243

[71] Cyt. tamże, s. 261

[72] Cyt. tamże, s. 232

[73] Cyt. tamże, s 233

[74] ketman – pers. ‚ukrycie się, zamaskowanie’, w islamie – zwolnienie od trzymania się przepisów religijnych w sytuacji przymusu albo zagrożenia, dozwalające w krańcowych przypadkach na pozorne wyparcie się wiary, definicja za: Słownik Wyrazów Obcych Władysława Kopaliśkiego http://www.slownik-online.pl/

[75] marrani – Żydzi hiszp. i port., którzy przyjęli formalnie chrzest dla uniknięcia prześladowań relig. (zwł. 1391-1492), definicja za: Słownik Wyrazów Obcych Władysława Kopaliśkiego http://www.slownik-online.pl/

[76] Cyt. tamże, s. 168

[77] Cyt. tamże, s. 168

[78] Cyt. tamże, s. 169

[79] Cyt. tamże, s. 371

[80] Tamże

[81] Zob. M. Urbanek, Zły…, s.134

[82] Cyt. L. Tyrmand, Dziennik…, s. 274

[83] W tych latach nie istniał jeszcze mur dzielący Wschodni i Zachodni Berlin.

[84] Uwaga na marginesie: z powyższego fragmentu złośliwiec wywnioskuje, że Podkowiński chodził w pończochach. A Tyrmand mu tego zazdrościł.

[85] Tamże, s. 137

[86] Cyt. L. Tyrmand, O! Quae mutatio rerum, Tygodnik Powszechny 1958 r. nr 4

[87] Por. tamże

[88] Wątek korespondentów zagranicznej prasy oraz wyjazdów na Zachód jest bardzo szczegółowo rozwinięty w powieści L. Tyrmanda pt. „Życie towarzyskie i uczuciowe”.

[89] Cyt. L. Tyrmand, Dziennik…, s. 246

[90] Zob. tamże, s. 246-247

[91] Cyt. tamże, s. 247-248

[92] Cyt. tamże, s. 248

[93] Cyt. tamże

[94] Cyt. tamże, s. 261-262

[95] Cyt. tamże, s. 261

[96] Cyt. L. Tyrmand, Dziennik…, s. 11-12

[97] Por. tamże, s. 11

[98] Por. R. Matuszewski: W sprawie Leopolda Tyrmanda, Życie Warszawy 7 IV 1993

[99] I. Iwasiów, Opowieść…, s.40

[100] Por. L. Tyrmand, Dziennik…, s. 276-378

[101] Cyt. L. Tyrmand, Dziennik…, s. 263

[102] Cyt. tamże, s. 383

[103] Cyt. H. Dasko, Drogi…, s. 7

[104] Cyt. M. Urbanek, Zły…, s. 181

[105] Cyt. tamże, s. 189

[106] Por. H. Dasko, Drogi…, s. 7

[107] Cyt. tamże

[108] Zob. M. Urbanek, Zły…, s. 156

[109] Cyt. tamże, s. 74

[110] Por. L. Tyrmand, Porachunki…, s. 44-47

[111] Por. H. Dasko, Drogi…, s. 8

[112] Cyt. M. Urbanek, Zły…, s. 192

[113] Cyt. tamże, s. 157

[114] Zob. tamże, s. 227

[115] „Kultura” – emigracyjny miesięcznik polityczno-społeczny, wydawany od 1947 w Rzymie, od 1948 w Paryżu (Maisons-Laffitte); jeden z najpoważniejszych periodyków powojennej emigracji politycznej, zajmujący się najnowszą historią i współczesnymi koncepcjami politycznymi., kulturą polską i obcą; współpracownicy m.in.: J. Czapski, W. Gombrowicz, G. Herling-Grudziński, K. Jeleński, J. Mieroszewski; założyciel i redaktor naczelny J. Giedroyć; XI 2000 ukazał się ostatni numer. (Encyklopedia PWN, http://encyklopedia.pwn.pl).

[116] „Kultura” 1967 nr 3.

[117] Cyt. L. Tyrmand, Porachunki osobiste, Warszawa 2002, s. 32

[118] Cyt. tamże, s. 42

[119] Cyt. tamże s. 33

[120] Cyt. tamże, s. 35

[121] Por. tamże, s. 35

[122] Por. tamże, s. 34

[123] Cyt. tamże

[124] „Kuźnica”, tygodnik polityczno-społeczny i literacki o charakterze marksistowskim, wydawany w latach 1945–50, początkowo w Łodzi, od 1949 w Warszawie; 1950 połączony z „Odrodzeniem” w „Nową Kulturę”; redaktor nacz. S. Żółkiewski, P. Hoffman. (Encyklopedia PWN, http://encyklopedia.pwn.pl)

[125] Cyt. tamże

[126] Cyt. tamże, s. 34-35

[127] Cyt. tamże

[128] Cyt. tamże

[129] Cyt. tamże, s. 35-36

[130] Por. tamże, s. 35-36

[131] Tamże, s. 37

[132] Zob. tamże

[133] Cyt, Tamże, s. 39

[134] Cyt. tamże, s. 33

[135] Por. tamże, s. 37-38

[136] Cyt. tamże, s. 37

[137] Cyt. tamże, s. 38

[138] Por. tamże, s. 32

[139] Zob. tamże, s. 39

[140] Cyt. tamże

[141] Tyrmand mówi o tym we fragmencie zrekonstruowanej rozmowy ze Stefanem Kisielewskim: „Ja wierzę w słowo, opowiedziałem się dawno po stronie słowa. Moim zdaniem, imperia i gmachy rozpadają się w rudy proch, słowo zostaje, pełza, ma jakąś szansę, której czyn nie ma, mimo że doraźnie rządzi słowem. Toteż, gdy Kisiel zarzuca mi, że nic tylko ujadam, to nie wie, że to jest właśnie, o co mi najbardziej chodzi”. Dziennik… , s. 276

[142] Por. tamże, s. 32

[143] Cyt. tamże, s. 39

[144] Epitet pochodzi z fragmentu, którego nie cytuję w pracy, Zob. L. Tyrmand , „Porachunki…”, s. 34

[145] Środowiska skupione wokół paryskiej „Kultury” na czele z Jerzym Giedroyciem wierzyły w stopniowe rozluźniane komunizmu w Polsce, a w 1956 roku opowiedziały się za Władysławem Gomółką, widząc w nim jedyną realną szansę reformowania reżymu. Wierzyły też, że koniunkturę do zmian wytworzyło te środowisko intelektualne, które według Tyrmanda cynicznie wspierało reżym w zamian za utrzymanie dotychczasowych przywilejów.

[146] „Na Antenie” 1967 nr 52, stenogram dyskusji ukazał się również w „Kulturze” 1967 nr 3/233

[147] Por. Stenogram dyskusji na temat artykułu Leopolda Tyrmanda pt. Porachunki osobiste, Kultura 1957 nr 3/233 za: L. Tyrmand, Porachunki…, s. 208-209

[148] Właściwie: „O kulcie jednostki i jego następstwach”, popularnie: tajny referat Chruszczowa, wygłoszony 24 i 25 lutego 1956 r. na zamkniętym posiedzeniu XX Zjazdu Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego przez Nikitę Chruszczowa, sekretarza generalnego KPZR, przywódcę ZSRR i następcę Józefa Stalina. W referacie obarczył on odpowiedzialnością za krwawy terror, zbrodnie oraz tzw. kult jednostki swojego poprzednika. W efekcie spowodował zmniejszenie represji politycznych, a także czasowe rozluźnienie cenzury na terenie ZSRR i państw satelickich.

[149] Por. tamże, s. 208

[150] Cyt. tamże, s. 209

[151] Por. tamże, s. 208

[152] Zob. tamże, s. 211

[153] Cyt. tamże

[154] Jeleńskiemu chodzi o dwuzdaniowy list protestacyjny przeciw cenzurze, jaki 14 marca 1964 Antoni Słonimski złożył w kancelarii premiera Józefa Cyrankiewicza. Określano go, z powodu liczby sygnatariuszy, jako List 34.

[155] Por. tamże

[156] Cyt. tamże

[157] Por. tamże

[158] Por. tamże, s. 212

[159] Por. tamże

[160] Por. L. Tyrmand, Smutno mi Boże – kiedy na Zachodzie…, Kultura 1967 nr 9/239 za: L. Tyrmand, Porachunki…, s. 213

[161] Cyt. tamże

[162] Tamże, s. 213-214

[163] Cyt. tamże, s. 214

[164] Cyt. Tamze, s. 215

[165] Cyt. tamże

[166] Zob. tamże

[167] Cyt. tamże

[168] Por. tamże

[169] Tyrmandowi chodzi o tzw. „Poznański Czerwiec” 1956 roku, pierwszy w PRL strajk generalny i demonstracje uliczne, krwawo stłumione przez wojsko i policję.

[170] Cyt. tamże, s. 215-216

[171] Cyt, Tamże

[172] Por. tamże, s. 216-217

[173] Tyrmandowi chodzi o czasy rządów I sekretarza Edwarda Ochaba, reprezentującego nurt centrowy. Termin „malenkowszczyzna” pochodzi od nazwiska Gieorgija Malenkowa, premiera ZSRR po śmierci Stalina, rywalizującego z Ławrentijem Berią i Nikitą Chruszczowem o faktyczny ster rządów w tym państwie.

[174] Chodzi o ruchy wojsk w okolicach tej miejscowości.

[175] Jakub Berman – W latach 1949–1954 był członkiem Komisji Biura Politycznego KC PZPR ds. Bezpieczeństwa Publicznego, nadzorującej aparat represji stalinowskich w Polsce, współodpowiedzialny za zbrodniczą działalność Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Odsunięty od władzy po Październiku; Stanisław Radkiewicz – minister Bezpieczeństwa Publicznego, odpowiedzialny za jego zbrodniczą działalność w czasach stalinowskich.

[176] Cyt. tamże, s. 217

[177] Zob. tamże, s. 216

[178] „Po prostu. Tygodnik studentów i młodej inteligencji”, angażujący się w ruch na rzecz reform ustrojowych, stało się wręcz symbolem przemian „Polskiego Października”. Zostało prowokacyjnie zlikwidowane przez władze w roku 1957; Bim-Bom – słynny studencki teatr satyryczny w Gdańsku; Lechosław Goździk – w październiku 1956 stał się faktycznym przywódcą robotników Żerania i główną postacią ruchu robotniczo-inteligenckiego stolicy. Występował na wszystkich wiecach na Politechnice Warszawskiej, gdzie przemawiał do studentów w imieniu robotników, zwolennik Gomułki; Marek Hłasko – młody pisarz debiutujący tuż przed Październikiem, szef działu prozy w „Po Prostu”.

[179] Cyt. tamże

[180] Por. tamże, s. 217-218

[181] Cyt. tamże, s. 218

[182] Zob. tamże

[183] Cyt. tamże, s. 220

[184] Zob. tamże, s. 214

[185] Cyt. tamże

[186] Cyt. tamże, s. 220

[187] Cyt za: H. Dasko; Drogi …, s. 12

[188] Chodziło o tzw. „Wydarzenia marcowe” roku 1968

[189] Zob. List Giedroycia do Tyrmanda z 10.09.1968 r. za: K. Kwiatkowska, M. Gawęcki, Tyrmand i Ameryka, Tczew 1998, s. 70-71

[190] Cyt za: H. Dasko; Drogi…, s. 11

[191] Por. L. Tyrmand, W rok później, Kultura 1968 nr 4 za: L. Tyrmand, Porachunki…, s. 68

[192] Cyt. tamże, s. 69

[193] Cyt. tamże, s. 72

[194] Giedroyciowi nie chodzi o przyjęcie obywatelstwa przez Tyrmanda (te nastąpiło 19.10.1973 r.), a o prawo stałego pobytu.

[195] Cyt. List z 10.09.1968 za: K. Kwiatkowska, M. Gawęcki, Tyrmand…, s. 70-71

[196] Zob. H. Dasko; Drogi…, s. 11

[197] Por. tamże, s. 8

[198] Zob. tamże, s. 10

[199] Cyt. M. Urbanek, Zły…, s. 203

[200] Zob. H. Dasko, Drogi…, s. 10

[201] Cyt. J. Mieroszewski, Uwagi na marginesie lektury, Kultura 1968 nr 11/254 za: L. Tyrmand, Porachunki osobiste, Warszawa 2002, s. 221

[202] Zob. tamże

[203] Cyt. tamże

[204] Cyt. tamże

[205] Zob. H. Dasko, Drogi…, s. 10

[206] Cyt. tamże, s. 10-11

[207] Cyt za: Tamże, s. 11

[208] Cyt. L. Tyrmand, List otwarty do p. Juliusza Mierosławskiego, Kultura 1969 nr 1-2 za: L. Tyrmand, Porachunki…, s. 223

[209] Cyt. tamże, s. 224

[210] Por. tamże

[211] Zob. tamże

[212] Cyt. tamże

[213] Zob. L. Tyrmand, Socjalizm – czyli pewność, Wiadomości 1970 nr 18 (1257) za: L. Tyrmand, Porachunki…, s. 95

[214] Cyt. tamże

[215] Cyt. tamże, s. 96

[216] Por. tamże s. 96-102

[217] porte-parole – przemawiający w imieniu innych, upełnomocniony mówca (za: W. Kopaliński, Słownik…)

[218] Por. H. Dasko, Drogi…, s. 12

[219] „Wiadomości” tzw. bezprzymiotnikowe, emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny, wydawany w latach 1946–81 w Londynie; opiniotwórcze pismo emigracji niepodległościowej; założyciele A. Borman i M. Grydzewski (do 1966 redaktor naczelny), następnie redagowany przez M. Chmielowca (do 1972), S. Kossowską (od 1974).

[220] Zob. tamże

[221] „Zapiski o życiu w komunizmie”, tłum. MM

[222] „Refleksje”, tłum. MM

[223] Por. K. Kwiatkowska, M. Gawęcki, Tyrmand…, s. 35-36

[224] Cyt. L. Tyrmand, Cywilizacja…, s. 227

[225] Cyt. tamże

[226] Cyt.Tamże, s. 228

[227] Cyt. tamże

[228] Słownik Wyrazów Obcych Władysława Kopalińskiego, http://www.slownik-online.pl/

[229] Cyt. tamże, s. 226

[230] Cyt. tamże, s. 227

[231] Cyt. tamże, s. 228

[232] Cyt. tamże, s. 229

[233] Cyt. tamże, s. 229

[234] Por. tamże, s. 238-239

[235] Cyt. tamże, s. 230

[236] Cyt. tamże

[237] Cyt. tamże

[238] Zob. tamże, s. 230

[239] Cyt. tamże, s. 231

[240] Cyt. tamże, s. 232

[241] Cyt. tamże, s. 233

[242] Cyt. tamże, s. 236

[243] Cyt. tamże, s. 237

[244] Cyt. tamże

[245] Cyt. tamże

[246] Cyt. tamże

[247] Cyt. tamże, s. 237-238

[248] Cyt. tamże, s. 238

[249] Cyt. tamże, s. 239-240

[250] Cyt. tamże, s. 240

[251] Swoją – jak pisze – via dolorosa  do otrzymania paszportu i związanej z jego posiadaniem możliwości wyjazdu za granicę Tyrmand szczegółowo opisuje w pierwszej części eseju „Porachunki osobiste”.

[252] K. Kwiatkowska, M. Gawęcki, Tyrmand…, s. 13

[253] Zob. tamże, s. 18-19

[254] Tyrmand – wielki miłośnik jazzu – napisał pierwszą w Polsce publikację na jego temat. „ U brzegów jazzu” wydano w 1957 roku, była to pierwsza polska książka na temat tej muzyki.

[255] Zob. tamże, s. 19

[256] Zob. tamże, s. 21

[257] Zob. tamże, s. 21-22

[258] „Dziennik Amerykański” – tłum. K. Kwiatkowska, M. Gawęcki

[259] Należy przypomnieć, że druga połowa lat 60-tych to silny już opór przeciw zaangażowaniu wojsk amerykańskich w Wietnamie i związane z nim demonstracje antywojenne oraz rozwój ruchów pacyfistycznych. To wrzenie na kampusach i początek ruchu hippisów, intensyfikacja walki z segregacją rasową, zabójstwa kandydata demokratów na prezydenta Roberta Kennedy’ego i czarnoskórego pastora Martina Luthera Kinga, zmiana prezydenta Lyndona Johnsona na Richarda Nixona – był to czas, w którym Amerykanie mogli być zaniepokojeni tym, dokąd zmierza ich kraj.

[260] Cyt. L. Tyrmand, Zapiski dyletanta, Warszawa 1991, s. 122

[261] Cyt. tamże, s. 122-123

[262] Cyt. tamże, s. 119

[263] Cyt. tamże, s. 120

[264] Por. tamże, s. 128-130

[265] Cyt. tamże, s. 130-131

[266] Por. tamże, s. 138-139

[267] Zob. L. Tyrmand, Zapiski…, s. 172

[268] Cyt. tamże, s. 152-153

[269] Cyt. tamże

[270] Zob. A. Czubiński, W. Olszewski, Historia Powszechna 1939-1994, Poznań 1996, s. 401

[271] Cyt. L. Tyrmand, Zapiski…, s. 153-154

[272] Cyt. tamże

[273] Cyt. tamże, s. 158

[274] Por. tamże

[275] Cyt. tamże, s. 153

[276] Cyt. tamże, s. 175-176

[277] Cyt. tamże

[278] Cyt. tamże

[279] Cyt. tamże, s. 172

[280] Por. tamże, s. 159-160

[281] Cyt. tamże

[282] Cyt. tamże, s. 181

[283] Zob. tamże, s. 145

[284] Cyt. tamże

[285] Tyrmandowi chodzi o protesty czeskich studentów w ramach tzw. „Praskiej wiosny” roku 1968

[286] Cyt. tamże, s. 148

[287] Cyt. tamże, s. 211

[288] Cyt. tamże, s. 227

[289] Cyt. tamże, s. 221

[290] Zob. tamże, s. 227

[291] Cyt. tamże, s. 208-209

[292] Zob. tamże, s. 209

[293] Cyt. tamże

[294] Zob. tamże, s. 238

[295] Cyt. tamże, s. 212

[296] Por. tamże, s. 238

[297] Cyt. tamże

[298] Zob. tamże, s. 231

[299] Cyt. tamże

[300] Zob. tamże, s. 230-231

[301] Cyt. tamże

[302] Groupie – osoba, która będąc fanem lub fanką jakiegoś zespołu muzycznego, szuka stosunków intymnych (najczęściej fizycznych, czasem również emocjonalnych) z jej członkami (http://www.wikipedia.org, tłum. MM)

[303] Chodzi prawdopodobnie o „Newsweek”.

[304] Tamże s. 229

[305] Cyt. tamże

[306] Cyt. tamże, s. 228-229

[307] Zob. tamże

[308] Zob. tamże, s. 235

[309] Savonarola Girolamo (1452-98)  – włoski kaznodzieja, dominikanin, reformator religijno-polityczny działający we Florencji; występował publicznie przeciwko zepsuciu duchowieństwa, zeświecczeniu papieży (uznawał Aleksandra IV za antypapieża); 1494 przywódca powstania ludowego we Florencji, które obaliło rządy Medyceuszy i przywróciło republikę; do momentu ekskomuniki 1497 zaprowadził rządy teokratyczne; w trakcie rozruchów w 1498 oskarżony o herezję i spalony na stosie (http://encyklopedia.interia.pl).

[310] Knox John (1505-72) – szkocki duchowny, reformator kościoła; organizator protestanckiego Kościoła Szkocji, autor angielskiego przekładu Biblii, katechizmu oraz „The History of the Reformation in Scotland” (http://encyklopedia.interia.pl).

[311] Cyt. tamże, s. 222

[312] Cyt. tamże, s. 235

[313] Cyt. tamże, s. 240

[314] Zob. K. Kwiatkowska, M. Gawęcki, Tyrmand…, s. 26-27

[315] Zapiski dyletanta – tłum. MM

[316] Dodatek niedzielny do „New York Timesa” omawiający nowości wydawnicze.

[317] Por. tamże, s. 27-28

[318] Cyt. Newsweek 6.04.1970 w K. Kwiatkowska, M. Gawęcki, Tyrmand…, s. 28 (przekład autorów)

[319] „Polak osiąga sukces w nowym języku” – przekł. Kwiatkowska, Gawęcki

[320] Cyt. I. Shenker, Pole Meets Success in a New Language, The New York Times 7.04.1970 w K. Kwiatkowska, M. Gawęcki, Tyrmand…, s. 29 (przekład autorów)

[321] Zob. tamże, s. 30

[322] Cyt. L. Tyrmand, Cywilizacja…, s. 9

[323] Cyt. tamże, s. 12

[324] Cyt. tamże, s. 285

[325] „Ostatnie dni New Yorkera” – tłum. K. Kwiatkowska, M. Gawęcki

[326] Por. K. Kwiatkowska, M. Gawęcki, Tyrmand…, s. 35-37

[327] Cyt. tamże

[328] Cyt. tamże

[329] Por. tamże, s. 36-37

[330] Por. tamże, s. 40-42

[331] Por. tamże, s. 42-43

[332] Cyt. tamże, s. 43

[333] Zob. tamże

[334] Harper’s Magazine – nowojorski miesięcznik, założony w 1850 roku, publikujący utwory literackie i dziennikarskie. Uważany za jedno z ważniejszych pism komentujących zagadnienia polityczne, społeczne i ekonomiczne.

[335] Tamże

[336] American Scholar – założony w 1932 roku kwartalnik popularnonaukowy wydawany przez Phi Betta Kappa – ogólnoamerykańską organizację środowisk uniwersyteckich.

[337] „Raj mass mediów” – tłumaczenie K. Kwiatkowska, M. Gawęcki

[338] Zob. tamże, s. 45

[339] Można zastanawiać się, czy Tyrmand nie był jednym z prekursorów tzw. „teorii symulakrów” rozwiniętej później przez Jeana Baudrillarda, Por. J. Baudrillard, Symulakry i symulacja, Warszawa 2005

[340] Cyt. L. Tyrmand, The Media Shangri-La, American Scholar 1976/77, s. 754 w: K. Kwiatkowska, M. Gawęcki, Tyrmand…, s. 45

[341] Zob. K. Kwiatkowska, M. Gawęcki, Tyrmand…, s. 45

[342] Cyt. L. Tyrmand, The Media…, s. 773 w: K. Kwiatkowska, M. Gawęcki, Tyrmand…, s. 46

[343] Cyt. W. Wierzewski: Nie pozostało…

[344] Leopold ożenił się z Mary Ellen w sierpniu 1971 roku

[345] Cyt. tamże

[346] Cyt. tamże

[347] Zob. tamże

[348] Cyt. tamże

[349] Zob. tamże

[350] Cyt. tamże

[351] Tyrmand w wywiadzie z W. Wierzewskim twierdzi, że w pięciu, jednak K. Kwiatkowska i M. Gawęcki piszą, że liczba stałych subskrybentów w czasach gdy pisarz był redaktorem naczelnym nie przekroczyła nigdy dwóch tysięcy. Dla porównania „National Review” miało w tamtych czasach 100 tys. prenumerat, „Commentary – 40 tys., ale na przykład wpływowy magazyn „Policy Review” zaledwie 5 tys.

[352] Czy jak czasem twierdził: non-nonkonformistą.

[353] Cyt. M. Urbanek, Zły…, s. 225

[354] Cyt. L. Tyrmand, Zapiski…, s. 31

[355] Cyt. L. Tyrmand, Cywilizacja…, s. 284

[356] Zob. K. Kwiatkowska, M. Gawęcki, Tyrmand…, s. 33

[357] Por. tamże, s. 151-153

[358] Cyt. M. Urbanek, Zły…, s. 208

[359] Zob. K. Kwiatkowska, M. Gawęcki, Tyrmand…, s. 124-125

[360] „Nagród Ingersolla w zakresie literatury i nauk humanistycznych” – tłum. K. Kwiatkowska, M. Gawęcki

[361] Jorge Luis Borges (1899-1986)  – poeta, eseista i prozaik argentyński. Powszechnie uważa się, że wprowadził lit. latynoamerykańską do lit. światowej; prekursor tzw. realizmu magicznego. Jego niezwykła erudycja (przez wiele lat był dyrektorem argentyńskiej Biblioteki Narodowej) zaowocowała twórczością będącą syntezą tradycji regionalnych i uniwersalnych. Był wielokrotnie nominowany do nagrody Nobla.

[362] James Burnham (1905-87) – socjolog amerykański, prof. uniwersytetu w Nowym Jorku; twórca teorii „rewolucji managerskiej” głoszącej, że rozwój społeczeństwo państw przemysłowych (kapitalistycznych i socjalistycznych) zmierza do powstania społeczeństwa rządzonego przez klasę menedżerów (kierowników).

[363] Zob. tamże, s. 62

[364] Zob. tamże, s. 128

[365] Cyt. M. Urbanek, Zły…, s. 151

O autorze

Marcin Maciocha

Rocznik 1984. Absolwent „Dziennikarstwa i komunikacji” Uniwersytetu Jagiellońskiego. W latach 2008-2015 redaktor i wydawca w TVN24. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Dzienniku Polskim” i Głosie Szczecińskim”. Był redaktorem naczelnym „Wiadomości Uniwersytetu Jagiellońskiego”. Dziś specjalista od marketingu w firmie sprzedającej sprzęt tenisowy.